Biała cz. XXVII

mikakamaka 22/11/2016 16:27 4 Permalink 71

Ostatnia część przechodnia. Taki łącznik pomiędzy tym co było, a nową rzeczywistością.
Mam nadzieję dodać szybciutko kolejną część. Powinno się udać w tym tygodniu.
Miłego i całusy 😉

– W ciąży? – stęknęłam.

W odpowiedzi kiwnął tylko twierdząco głową.

– Czyli twój pierwszy raz ze mną był kitem – stwierdziłam czując rozpędzającą mi się w głowie fabrykę formułujących się wniosków. – To, że zaszła z tobą w ciążę sprawiło, że przeżyła. Tak, jak mój brat dzięki mej krwi. Co z dzieckiem? – Błysnęło mi w głowie zasadnicze pytanie.
– Nie przeżyło. – Spuścił wzrok lecz zdążyłam zauważyć, że zaszkliły mu się oczy. – Asia próbowała popełnić samobójstwo, ja byłem w szpitalu. Ją odratowali.
– Nie musisz mówić więcej. – Podeszłam do niego, wzięłam dłoń w swoje. – Rozumiem powód kłamstwa i to, że wybrałeś Asię, że z nią jesteś. Też bym tak na twoim miejscu postąpiła.

Spojrzał na mnie ze smutkiem, jakby chciał mi coś powiedzieć, lecz się powstrzymywał.
Z jednej strony chciałam usłyszeć słowa, że pragnie mnie bardziej niż jej, że jestem miłością jego życia i inne tego typu bzdety.
Z drugiej wolałam wyjść i zostawić to co było między nami w obecnym stanie.
Lubiłam go, było mi z nim dobrze. Seks potrafił być gorący i rozpalający. Nie zdążyłam się w nim jednak zakochać.
Może istnieje miłość od pierwszego wejrzenia, ja jednak potrzebowałam tych „wejrzeń” o wiele więcej. Przy Gabrielu zabrakło mi czasu. Może w ogóle nie trafi mnie strzała Amora.

– Życzę wam powodzenia.  – Postąpiłam krok w tył. – Może się jeszcze kiedyś spotkamy, a może wcześniej kopniemy w kalendarz. – Próbowałam zażartować. – Dziś wyjeżdżamy, bo trochę tutaj tłoczno się zrobiło. Dziękuję za wszystko.
– Przepraszam za kłamstwo – mówił bardzo cicho. – Chciałem po prostu zacząć z białą kartą. Niezapisaną niczym sprzed naszego spotkania. Nie chciałem cię zranić.
– Gabrielu. – Rozczulił mnie tym wyznaniem. – Zaakceptowałam wyrok śmierci, jako nastolatka. Żyłam ze świadomością przyspieszonego umierania. Porzuciłam marzenia, które targały moimi rówieśnikami. Oglądałam śmierć ludzkości, a przede wszystkim rodziny. Czy myślisz, że można mnie tak łatwo zranić? Żyję i mam się dobrze. Reszta jest opcjonalna.

Staliśmy patrząc sobie w oczy, jeszcze przez dłuższą chwilę. Zawisło między nami mnóstwo niewypowiedzianych słów. Nie miały paść. Nie było sensu, by odświeżać więź między nami.
Nie teraz, gdy widzieliśmy się być może po raz ostatni. Nie, gdy te trzy dni stworzyły przepaść nie do pokonania. Jakby to był rok a nie czas, w przeciągu którego nie mogłam się pozbyć jego atomów krążących po moim organizmie. Pewnie miałam go jeszcze we krwi.

Odwróciłam się i wyszłam z pokoju. Po drodze zabrałam torbę z rzeczami osobistymi.
U podnóża schodów stała Asia. Teraz jawiła mi się całkowicie inną osobą. Widziałam, że jest zdenerwowana i spięta. Czyżby obawiała się zaistnienia sytuacji w której Gabriel wybiera mnie, nie ją? Zrobiło mi się głupio na myśl, że tak pochopnie oceniłam dziewczynę. Myliłam się co do niej podejrzewając o to, że jest rozpuszczonym, egoistycznym dziewczątkiem.

Nie masz łatwo – pomyślałam, krzyżując z nią spojrzenie.

– Dziękuję za gościnę. – Podeszłam do niej, stanęłam naprzeciwko. Po minie Asi widziałam, że obawiała się wyniku rozmowy. – Zbieramy się, a tobie i Gabrielowi życzę powodzenia. – Widziałam, że każde moje słowo wlewa w jej serce nadzieję. Wyraz ulgi, który pojawił się na drobnej twarzy umocnił mnie w przekonaniu, że Asia obawiała się werdyktu. Nie miała pewności, ze Gabriel wybierze ją. – Mówił, że jesteście parą od dawna. Gratuluję ci, bo to dobry, mądry i pracowity człowiek. – Brnęłam w robienie jej mózgowi dobrze, z zafascynowaniem obserwując przemianę w dziewczynie. – Szczęściara z ciebie.

Zdawałam sobie sprawę z faktu, że kadzę jej na potęgę.
Tak naprawdę to Gabriel nie był kryształowo czysty. Ona jednak o tym nie wiedziała. Może nawet nie zdawała sobie sprawy z faktu, że gdy wróciła do swojego domu, to pod jej dachem byłam rżnięta przez niego. W tym samym łóżku, w którym teraz razem spali.

Asia zareagowała żywiołowo. Pokonała dzielący nas dystans i zarzucając mi ramiona na szyję, przytuliła mnie.

– Naprawdę myślisz, że mamy szanse? – Łasiła się, prosząc o słowne zapewnienie.
– Spotkaliście się, gdy czas był normalny. – Westchnęłam. Przytuliłam ją, zaciągając się jej delikatnym zapachem. – Macie wspólne wspomnienia i ten dom was łączy. Macie więcej, niż większość spośród tych, którzy przeżyli. Nad resztą wystarczy, że popracujecie.

Odsunęłam ją od siebie z uśmiechem. Miałam dosyć tej telenoweli. Nie będę się rozczulała nad innymi, nad ich problemami, dylematami. Może im się udać, to pewne. Udać może się każdemu, kto zdecydowany jest włożyć pracę w związek. Taka sama szansa jest na to, że posypie się najwspanialszy związek, jeśli zostanie zaniedbany.

– Chłopaki, zbieramy się! – wydarłam się mijając Asię. Ta podskoczyła zdenerwowana, ja poczułam satysfakcję.

– Jak to – zostajesz?! – Nie mogłam uwierzyć w to, co słyszę.
– Będę się opiekował nim tutaj. – Mateusz mówił ze spokojem. – Obudzi się, to do was dojedziemy.
– Nie ma opcji! – Zaparłam się. – Gabriel! Aśka! – Coś zbyt często się ostatnio darłam. – Pożyczcie samochód. Za dwa dni odwieziemy.

Mogli odmówić, ale nie zrobili tego.
Gabriel pewnie przez poczucie winy, Asia z wdzięczności.
Miałam to w dupie. Chciałam przetransportować wszystkich za jednym zamachem. Nie wiedziałam przecież, ile czasu nam zostało.

Ja sama, Sebastian z Oliwką i mój brat z Kaśką, jechaliśmy na motocyklach. Okazało się na szczęście, że Mateusz potrafi prowadzić czterokołowe pojazdy. Na tylnym siedzeniu sportowego auta ułożyliśmy Adama, pies siedział na fotelu pasażera.

Bez przedłużających się pożegnań na wypadek, gdybym jednak miała się rozkleić, wyjechaliśmy.
Musiałam przyznać, że Gabriel i Asia wyglądali ładnie, jako para. Jakby pozując do zdjęcia, objęli się niczym obrazkowo upozowana kompozycja ludzka. Wiedziałam, że tak ich zapamiętam. I jeszcze pies siedzący przy nodze Emila. Aż mi się czknęło lukrem.

Po wyjechaniu z drogi podjazdowej skręciliśmy w prawo. Oddalaliśmy się coraz bardziej od Katowic. Prowadził Sebastian, ja zamykałam pochód.
Jechaliśmy głównie drogami ciągnącymi się przez las. W końcu dotarliśmy do niewielkiej wioski.

– Każdy bierze to, co wygląda na przydatne – zakomenderował Sebastian, gdy wyłączyliśmy silniki pojazdów. Zarządził nieplanowany postój. Przynajmniej mi nic o tym nie było wiadomo. ­- Napychamy bagażnik samochodu i miejsce na podłodze jedzeniem, środkami czystości. Alkohol też bierzcie. – Mrugnął do Tomka i Kaśki. – Ewka, ty idź do apteki. Napakuj plecak lekami, plastrami i tym, co uznasz za stosowne.

Zrobiło mi się dziwnie. Właściwie, to wyjątkowo przyjemnie. Od dawna nikt nie przejął nade mną kontroli. Tak właściwie to od momentu „zero”, sama o wszystkim decydowałam i pilnowałam przeżycia. Może poza momentem, gdy Gabriel zabrał mnie, Oliwkę i Adama z ciemnego miasta.

Patrzyłam oto na Sebastiana, który zawiadywał zbieraniem tego, co przydatne. Ustawił Matiego w pogotowiu, kazał mu układać wszystko w bagażniku.
Przestałam mu się przyglądać w momencie, gdy z uniesionymi w wyrazie zniecierpliwienia brwiami, obrócił się do mnie i stwierdził:

– Mam ci wysłać notkę służbową?

Parsknęłam, ale nie odgryzałam się. To naprawdę było czymś nowym i niecodziennym.
Oliwka podreptała z Sebastianem, podskakując przy nim niczym ping pong. Za mną pobiegł pies, wyskakując z bagażnika samochodu.

– Co, Burek? – Podrapałam go za uchem, a on w odpowiedzi pomachał ogonem. – Chodźmy poszukać czegoś ciekawego w aptece. Chociaż co ciebie tam może zainteresować?

Weszłam do jasnego pomieszczenia aptecznego.
Idealny porządek, butla z wodą dla klientów opróżniona tylko do połowy. Wzięłam dwa kubki z półki wiszącej nad pękatym plastikiem i napełniłam je wodą. Jeden postawiłam na podłodze. Pies bez wahania przypiął się do kubeczka.
Zaczęłam przeszukiwać szuflady. Wrzucałam do plecaka leki przeciwbólowe i przeciwzapalne. Plastry, opatrunki, maści na ukąszenia owadów. Miałam już wszystko, co wydawało mi się potrzebne, gdy moją uwagę przyciągnęło warczenie.

Burek stał na rozstawionych łapach, z głową pochyloną do przodu. Warczał, spoglądając spode łba na drzwi szafki w rogu.

– O co chodzi? – Podeszłam do niego, stając ostrożnie z boku. – Przecież to tylko szafka. Może wyczułeś szczura?

Pies nie reagował na mnie. Zatrzymał się metr od drzwiczek szafy, która musiała służyć do przechowywania zapasów leków. Jej górna część była przeszklona. Przezroczyste półki poza warstwą kurzu, pokrywały słoiczki z kaszkami dla dzieci, butelki do karmienia niemowląt i masa akcesoriów dla noworodków.
Podeszłam i stanęłam z boku szafki tak, by po otwarciu drzwiczek to coś, co zwróciło uwagę psa nie mogło na mnie skoczyć. Z walącym ze zdenerwowania sercem pociągnęłam za uchwyt i czekałam na rozwój wypadków.

Nie stało się nic. Może poza tym, że pies klapnął na brzuch i oparł łeb na wyciągniętych do przodu łapach. Wyglądało na to, że uspokoił go widok tego, co znajdowało się w szafce.
Ja nie uspokoiłam się bynajmniej. Może pies jest nienormalny i wychowywał się ze szczurami? A może…

Nie wytrzymałam napięcia. Pochyliłam się do szafki i zajrzałam do środka. Jeśli to coś na mnie skoczy, to będę miała nauczkę za bycie ciekawską. Teraz miałam to gdzieś. Pchało mnie do zaspokojenia ciekawości i tyle.

Widok, który zastałam we wnętrzu mebla zaskoczył mnie.

– O cholera – szepnęłam. – Ktoś ty? Co tutaj robisz?

We wnętrzu, oparte o tylną ścianę siedziało w skulonej pozie dziecko. Nie widziałam, czy to chłopiec, czy dziewczyna. Drobne ramiona, rozczochrane włosy i głowa zakryta dłońmi. Jakby przed uderzeniem.

– Hej. – Kucnęłam na podłodze obok Burka. – Nie bój się mnie. Nic ci nie zrobię. Mogę ci pomóc. Chyba, że wolisz być tutaj sam… sama?

Zero reakcji. Zgłupiałam. Nie wiedziałam, czy powinnam dotknąć to dziecko, bo może głucho – nieme jest i mnie zwyczajnie nie słyszy. Musiało jednak wyczuć czyjąś obecność i to, że odkryłam kryjówkę.

– Przepraszam, jeśli cię niepokoimy – mówiłam niezrażona brakiem odzewu. – Teraz sobie pójdę i zostawię cię w spokoju. Jeśli jednak chcesz jechać z nami do normalnego domu, to musisz wyjść z tej szafy. – Ani drgnięcia, jakby dziecko chciało zniknąć. – Jest z nami dziewczynka w twoim wieku. Ma na imię Oliwka – dodałam wesołym głosem. – Bardzo by się ucieszyła mając towarzystwo do zabaw. Jest bardzo wesoła.

I wtedy nastąpiła zmiana. Rozczochrana główka uniosła się. Zza podciągniętych nóg, zza kolan, wyjrzała para ogromnych, orzechowych ocząt. Patrzyły na mnie z  nadzieją, ale i ze strachem. Musiałam jakoś przekonać to dziecko, że nie chcę go skrzywdzić.
Nie mogłam go przecież tak zostawić.

– Wiesz, my wszyscy jesteśmy przestraszeni . – Westchnęłam, przerwałam na chwilę. – Wszystko się zmieniło, bliscy odeszli. My natomiast musimy żyć najlepiej, jak potrafimy. Dołącz do nas, będzie weselej. Zaczekam przed budynkiem, ale tylko pięć minut. Później ruszamy bez ciebie.

I wstałam.

Wyszłam, przytrzymując drzwi dla Burka. Usiadłam na kamieniu opodal wejścia, plecak postawiłam na ziemi.
Czekałam nie będąc pewną, czy chcę towarzystwa kolejnego dzieciaka.
Po około pięciu minutach drzwi otworzyły się. Stał w nich chłopczyk, na oko w wieku Oliwki.
Jego wielkie, nieszczęśliwe oczyska patrzyły na mnie z nadzieją.

No to klops. Robię za przewodnika dusz.
Nie prosiłam się o to.

– Chodź. – Wyciągnęłam ku niemu rękę. – Jedziemy w normalne miejsce. Będzie dobrze. Obiecuję.

71
  • Tony F.P.

    Mnie się łezka w oku kręci, ale nad Gabrielem – facet wie, że Ewa to kobieta dla niego i gdyby Asia się nie pojawiła, to mogliby być z Ewką cholernie szczęśliwi. Ech… nie ma łatwo… przepraszam Cię, Gabrielu, że tak łatwo Cię osądziłam:(
    Ewka spycha wszystko na tył głowy i żyje dalej. Mam wrażenie, że mnie jest bardziej żal Gabriela niż jej:) No ale, ja nie przeżyłam prawie totalnej zagłady… tfu, tfu!
    Ewka nam bez mała na Matkę Teresę wyrasta – i nie jest to zarzut co do fabuły – jakoś tak samoczynnie, przy tym prawie końcu świata, tworzy się rodzina z obcych w większości ludzi, którzy zapewne nigdy by się nie spotkali, gdyby nie wirusowy kataklizm. To dobrze rokuje gatunkowi ludzkiemu. Chyba mało kto prosi się o bycie przewodnikiem dusz – ni to przekleństwo, ni to dar – często gęsto proszą się ci, co na pewno tego nie mają.
    Dwie niejasności mam: dlaczego Ewa zmieniła zdanie co do Mateusza i Adama – przecież mieli zostać? I kim jest Emil? Zgubiłam postać?

    • Emil? Dżizas! To się dzieje, gdy pisze się cztery opowiadania równocześnie!
      Ja nie mogę!
      Nie, Emil jest nie z tego opowiadania.
      Ale się uśmiałam z siebie. Ułom ze mnie 😀

      Czemu zmieniła co do nich zdanie?
      A bo ja wiem. Pewnie powie, a ja to opiszę 😉
      Tak naprawdę to wiem, ale teraz nie powiem 😀

      • Tony F.P.

        Gdzież tam ułom! Tworzysz tak żywe postacie, że wędrują sobie jak im się żywnie podoba – charakterne są:) Emil chciał zobaczyć jak wygląda świat po katastrofie i wskoczył sobie w inny wymiar.
        Tak dla jasności, to ja się cieszę, że Ewa zabiera całe towarzystwo – trochę się dziwiłam, że chce zostawić Mateusza, zważywszy iż czuła z nim niewytłumaczalną więź. Domyślam się, że powodem zmiany decyzji nie jest chęć zostawienia Gabriela i Asi na słodkie sam na sam:) Chyba żeby czasem – wszak Ewa to dobra kobieta:)

  • kask

    Dobra kobieta. Az lezka sie w oku kreci.