Historie rodzinne (XXVII)

mikakamaka 19/05/2017 15:05 1 Permalink 34

Rok temu napisałam ostatnią część tej historii. Dziś powrót i pewnie będzie lekka różnica w stylu pisania, ale dzisiejsza ja, to nie ta sama Monika, która pisała ostatni kawałek tego tekstu 😉 Mam nadzieję, że idę w odpowiednim kierunku 😀

Ludwika biegła korytarzem, byle szybciej dotrzeć do Ludmiły. Wezwano ją pilnie, więc pewnie starowina umierała. Miała swoje lata, z losem pogodziła się już dawno, a straszne wieści o rozpoczynającej się wojnie, musiały nadwyrężyć osłabione wiekiem ciało. Z impetem naparła na drzwi i wpadła do izby.

– Witaj, kochana. – Ludmiła powitała ją z uśmiechem. Siedziała przy stole, pykając fajkę i przyglądała się zdenerwowaniu Ludwiki, przez obłok wydmuchiwanego dymu. – Dobrze, że się pospieszyłaś.
– Czy coś się stało? – Ludwika odzyskiwała oddech.
– Stanie się i dlatego cię wezwałam. – Uśmiech przygasł, starowina spoważniała. – Usiądź, proszę.

Ludwika czuła podskórnie, że ta rozmowa nie spodoba jej się. Przeczuwała, że śmierć syna – hulaki, jest tylko początkiem. Dawno temu, pewnej bezsennej nocy doszła do wniosku, że od lat czekała, a właściwie przygotowywała się na ten ciemny dzień. Widziała, że jej syn ma predyspozycje do samozniszczenia. Tryb życia, rozrywki i kobiety, które wybierał, miały mu jedynie służyć, zaspokajać potrzeby i nic ponadto. Patrząc tamtej nocy w sufit stwierdziła, że od dawna nie potrafiła sobie wyobrazić Ignacego, jako męża, ojca, szczęśliwie żyjącego i czującego się dobrze, w rodzinnych pieleszach. Nie tej maści człowiekiem był. Musiał skrzywdzić siebie.

– Napij się, dziecko.

Ludmiła przesunęła po blacie stołu ciężki, metalowy kielich. Posłusznie uniosła srebrne naczynie i przełknęła potężny łyk wina. Słodycz złagodziła pieczenie w przełyku, uspokoiła odrobinę.

– Musicie uciekać. – Ludmiła otarła usta tuż po tym, jak również uraczyła się trunkiem.
– Uciekać?! – Ludwika odstawiła naczynie z impetem, bordowa ciecz podskoczyła, opadła na wypolerowane latami dotyku, deski stołu. – Przecież musimy pilnować majątku! To jedyne, co nam pozostało – zakończyła ze smutkiem.
– Przed wami całe życie! – Krzyknęła, energicznie wstając od stołu. – Jedynym, co mi pozostało, jesteście wy. – Wymierzyła w zdumioną Ludwikę pokrzywiony artretyzmem palec. – I Bóg – dodała ciszej. – Ten drugi mnie wzywa, lecz nim odejdę, muszę o ciebie zadbać. – Zrobiła pauzę, by młoda kobieta przyswoiła informacje. – O twojego męża i córkę, również. O Marlenę. – Przewróciła oczami widząc, że Ludwika jej nie zrozumiała. – Będziecie sobie potrzebne. Teraz skup się, bo musisz zrobić wszystko dokładnie tak, jak ci nakażę.
– Ale ona ma wrócić do zakonu – słabym głosem oporowała Ludwika.
– Było, ale minęło. – Starowina machnęła ręką. – Ufasz mi, więc zrobisz, jak ci powiem. Znam przyszłość i to jedyna z dróg dla was. Więcej powiedzieć nie mogę, bo zagniewam najwyższego. Za to, że ingeruję w wasze życie, przyjdzie mi zapłacić. Zapłacę z radością. Swoje już przeżyłam. Teraz więc milcz i słuchaj.

Kolejną godzinę instruowała Ludwikę, a tej coraz bardziej rozszerzały się oczy.

***

– Mam dla ciebie ważne zadanie. – Tym razem zwracała się do młodzieńca, po którego posłała tuż po wyjściu Ludwiki. Jawił się w jej wizjach od lat. Nie rozumiała wtedy, jaką ma odegrać rolę. Teraz zmieniło się wszystko, a elementy układanki dopasowały się do siebie. – Przez najbliższe godziny będziesz wykonywał moje polecenia. Jeśli chcesz zabrać coś z sobą, to biegnij po to w tej chwili. To polecenie pani Ludwiki. – Podparła się autorytetem chlebodawczyni chłopaka widząc, że zamierza zacząć dopytywać o powody pośpiechu i celowość działań. – Idź. Wcześniej każ przyjść do mnie Marlenie.

Nie umknął jej błysk w oku chłopaka, który pojawił się w momencie, gdy wypowiedziała imię dziewczyny.

***

– Chodź do mnie, dziecko. – Wyciągnęła ku niej ramiona, oplotła nimi, gdy dziewczyna przytuliła się do staruszki. Przygięte do ziemi ciało pachniało dymem z fajki i potrawami. Marlena wiedziała, że ta woń na zawsze w niej pozostanie i stanie się uosobieniem mądrości, spokoju i namiastki rodziny, solidnego fundamentu, który buduje młode życie. – Usiądź, zjedz coś.

Marlena wyczuwała, że to pożegnanie. Nie miała ochoty na jedzenie, lecz wiedziała również, że nie wypada jej odmówić. Z uśmiechem przyjęła glinianą miskę, wypełnioną gulaszem warzywnym i skosztowała potrawę. Jak zwykle apetyt przyszedł w momencie, gdy pierwsza porcja potrawy rozpłynęła się smakami po języku. Ani się obejrzała, a już tarła łyżką po dnie pustego naczynia. Czuła sytość, spokój i wewnętrzną siłę. Zupełnie, jakby zjadła te uczucia wraz z posiłkiem. Odłożyła łyżkę, podziękowała skinieniem głowy i spojrzała Ludmile w oczy.

– Czas zmian, dziecko. – Starowina zaciągnęła się fajką, po czym wydmuchnęła kłąb dymu ponad blat stołu. – To będą dobre zmiany, ale i trochę goryczy dane ci będzie zaznać. Postępuj zgodnie z wolą serca, dokonuj mądrych wyborów. Korzystaj z wiedzy, którą ci przekazałam i opiekuj się Ludwiką. Nie zadawaj pytań. – Uniosła dłoń dając dziewczynie znać, by milczała. – Idź do pokoju po niezbędne rzeczy i wróć tutaj w przeciągu kwadransu. Rychło! – Pogoniła ją, a ta podskoczyła, zrywając się od stołu.

Nim Marlena odwróciła głowę ku drzwiom, zauważyła coś przedziwnego, co pojawiło się w dymie. To była twarz maleńkiego dziecka i dwie inne, uśmiechnięte, przytulone do niemowlęcia. Obraz rozwiał się i zniknął w jednym momencie. Dziewczyna doszła do wniosku, że wyobraźnia płata jej figle. Pobiegła do pokoju, planując co zabierze.

Kilka godzin później babka przeskakiwała rozradowanym wzrokiem od twarzy Ludwiki, do Marleny. Widziała zdezorientowanie i bunt w oczach Antoniego, a także ciekawość i stalowy upór w ciemno niebieskim spojrzeniu chłopaka. Kobiety były zatopione w myślach i widziała, że żegnają się z miejscem, pewnie i z dotychczasowym życiem.

– Chciałabym wam więcej objaśnić, ale nie mamy na to czasu. – Wzięła młodzieńca za rękę, poprowadziła go w kierunku starego kredensu. – Ruszajcie teraz i nie macie prawa oglądać się za siebie. Zapomnijcie o dotychczasowym życiu. Jeśli zastosujecie się do moich wskazówek, macie szanse, by żyć. – Otworzyła dolne drzwiczki kredensu, gestem nakazała Marcelowi wyciągnięcie opasłego kufra na zewnątrz. – Trzymajcie się razem, brońcie siebie wzajemnie i wspomnijcie czasami starą kobietę, gdy będę na was spoglądać znad chmur. – Marcelu, ty prowadź. Pokaż reszcie drogę.

Pchnęła go w stronę starego paleniska, pokrzywionymi palcami popychając, by się spieszył. Marcel stękał, niosąc ciężką skrzynię. Nie pytał jednak o jej zawartość. Po wcześniejszej rozmowie z babką wiedział już, że jest widzącą. Wie więcej, niż przeciętny człowiek.
Doszedł do osmolonej wnęki, w której na okopconym ruszcie wisiał czajnik. Ze stęknięciem odstawił skrzynię, wszedł do paleniska i ostrożnie przekraczając kupkę ułożonych, jedna na drugiej świeżych, drewnianych szczap, wcisnął jeden z kamieni na ścianie. W kamiennym masywie coś szczęknęło, jakby skobel odblokował coś w jej wnętrzu. Pchnął brukowaną nieregularnymi, granitowymi łbami powierzchnię, a ta zaczęła się przesuwać w głąb. Gdy przepchnął ją, zgrzytając trącymi o siebie głazami i jęcząc metalem, od lat nieużywanych zawiasów, z głębi ciemności wyłaniającej się zza niej, buchnął mu w twarz ciepły, wilgotny odór. Czuł obawę, przed wejściem w nieznaną, niepokojącą przestrzeń, lecz Ludmiła nie dała mu czasu na rozmyślania o własnych lękach. Ujęła wiszący, na wystającym ze ściany haku, pogrzebacz i zdzieliła nim Marcela po łydkach. Chłopak syknął ciesząc się, że ma wysokie, skórzane buty, a i siły babce brakuje.

– Pomoże pan?

Wychylił się w przód nad paleniskiem i złapał za jeden z metalowych uchwytów skrzyni, wzrokiem ponaglając Antoniego. Ten złapał za masywną rączkę i krzywiąc się z wysiłku, przeniósł ciężar w głąb ciemności.

– Za nimi! – Syknęła babka, zerkając nerwowo przez ramię. – Ale już!

I chlasnęła Marlenę po pupie. Ta pisnęła, czując ból zadany pogrzebaczem, ale posłusznie skierowała się do dziury w ścianie.

– Dziękuję i kocham cię, Ludmiło. – Ludwika rzuciła się na szyję kobiecie i nie wstydząc się łez, zaczęła obsypywać pocałunkami jej pomarszczoną twarz. – Chodź z nami. Proszę.
– Nie proś. – Odsunęła ją, na wyciągnięcie ramion. Stawy nie pozwalały wyprostować rąk, jak kiedyś. – Jestem, gdzie chciałam być. Tutaj zostanę, bo tu czeka na mnie mój anioł. – Otarła szorstkimi palcami policzek Ludwiki. – Ja będę twoim, więc myśl o mnie, bo tak dodasz mi siły, sprawisz radość. A teraz uciekaj!

To ostatnie krzyknęła z mocą, odpychając Ludwikę od siebie. Ta zatoczyła się do tyłu, ale posłusznie weszła w otwór w ścianie, po chwili Marcel zamykał na powrót właz. Ludmiła w tym samym czasie szła ku piecowi. Uniosła fajerkę, wydobyła z brzucha pieca palący się klocek drewna i wróciła z nim do paleniska, za którym znajdowało się przejście. Wrzuciła żarzące się drewno na przygotowaną kupkę drew, a te błyskawicznie zajęły się ogniem. Polała je wcześniej naftą, by rozpaliły się bez trudu. Całe szczęście, bo drzwi za nią otwierały się właśnie.

– Co tutaj robisz, stara kobieto?

Niemiecki oficer stanął w drzwiach w momencie, gdy wysoki płomień zatańczył zachłannymi językami na klockach drewna, trawiąc je. Patrzył na drobną, przygarbioną postać, wpatrzoną w mrugający ogień. Poczuł wstręt do kobiety, bo była stara, bezużyteczna, zużyta, gnąca się całą sobą ku grobowi.
Miał sprawdzić stan posiadłości i tego, co przypadło mu w zawłaszczonych pomieszczeniach. Fabryka zadowoliła go i jednoznacznie wskazywała na fakt, że przydatność zakładu pracy, pracowników i tego, co można w niej wyprodukować, podniesie i jego przydatność, jako części wielkiego planu Fuhrera. Musiał się tylko pozbyć właścicieli i przychylnych im ludzi. Nie obawiał się buntu pracowników, bo oni myśleli wyłącznie o własnym życiu, przetrwaniu i tym, by ochronić siebie i najbliższych. Musiał znaleźć właściciela fabryki i jego rodzinę.

– Co tutaj robisz, kobieto? – Powtórzył pytanie, zmuszając się do zwrócenia twarzy ku staruszce, która była dla niego tylko strzępem człowieka.
– Czekam na śmierć i na boga – odparła z uśmiechem, obracając ku niemu twarz.
– I się doczekałaś. – Sięgnął do kabury, wyjął z niej pistolet. – Jestem.

Uniósł, wycelował, nacisnął spust. W zamkniętym pomieszczeniu wystrzał zabrzmiał głuchym, zwielokrotnionym hukiem. Patrzył na ciało staruchy, padające na klepisko i na plamę ciemnej, gęstej czerwieni, rosnącą wokół jej głowy. Był zły widząc obojętność, z jaką starucha przyjęła śmierć, którą jej zadał. Mimo roztrzaskanej pociskiem czaszki, wyglądała na zadowoloną. Czoło zmieniło się w krwawą miazgę, lecz oczy wciąż wyrażały wesołe oczekiwanie na to, co niesie z sobą kolejna minuta.
Mężczyzna splunął na wiotkie truchło, odganiając od siebie obraz piekła, które z niewiadomych powodów wyświetliło się w jego umyśle. Nie rozumiał niepokoju wkradającego się do jego mężnego, pełnego ideałów serca. Przecież miał oczyszczać świat!
Obrócił się na pięcie, z łaskawą pogardą owionąwszy meble i inne sprzęty w pomieszczeniu, po czym wyszedł z izby.

Nad ciałem Ludmiły zawisła dusza Ignacego.  Patrzył w dół zazdroszcząc staruszce wiary i pewności bytu. On musi odnaleźć drogę.
Pomyśli w niebycie i znajdzie sens.
Co ma sens? Miłość?

34
  • Tony F.P.

    Odświeżyłam sobie poprzednie części i stwierdziłam, że historia podoba mi się jeszcze bardziej niż przy poprzednim (bynajmniej nie pierwszym) czytaniu. Bardzo jestem ciekawa w jakim kierunku opowieść pójdzie i czyje uśmiechnięte twarze, przytulone do niemowlątka widziała Marlena. Marzy mi się Tomasz dla Marleny, bo wydaje mi się, że połączyło ich coś wyjątkowego, ale upierać się przy swych słodkich rojeniach nie będę:) Natasza też zasługuje na szczęście, ale czy aby na pewno u boku Tomasza?
    Lubię wątek Ludwiki i Antoniego, i jak już tak przy retrospekcjach jesteśmy, to się z pewną nieśmiałością zapytuję, czy można by cósik o przeszłości Ludmiły się dowiedzieć? Podejrzewam, że jej losy mogłyby posłużyć za kanwę wypasionej opowieści.
    Zdecydowanie popieram Romka: „Nie kończ za szybko”. Mogę poczekać na kolejne części, denerwować się co dalej, martwić się o bohaterów…. dobra opowieść jest tego warta.
    Bardzo podoba mi się motyw z błądzącą duszą Ignacego. Hmmmm… tak właściwie, to podobają mi się wszystkie motywy:)
    Ps. „Żerca” jest już do kupienia i nie jest to część ostatnia.