Historie rodzinne XXXI

mikakamaka 08/06/2017 22:41 2 Permalink 32

To ostatnia przejściowa część. Od kolejnej zacznie się dziać więcej 🙂
Przyjemnego i pogodnego weekendu, a teraz zapraszam na…

Ludwika starała się nie tracić zapału, lecz było to trudne, gdy widziała podupadłą posiadłość i stan, w jakim znajdowały się wszystkie zabudowania. Dach i ściany wyglądały na nieuszkodzone, ale już przy zakupie posiadłości zadbała o to, by zabezpieczono budynek, a wszystkie usterki usuwano na bieżąco. Gorzej sprawa miała się, gdy spojrzało się na czystość w budynku i naokoło obejścia. Część okien wyglądała, jakby nie dotknięto ich ścierką od lat. Podłogi pokrywał wieloletni, tłusty brud. Wolała nie schylać się, by zajrzeć pod meble i łóżko w sypialni. Musiała się przespać. Cała czwórka potrzebowała odpoczynku po podróży. W Ludwice kipiała złość, ale wiedziała, że gdy wypocznie, uczucie to będzie o wiele intensywniejsze. Wtedy przekuje je na energię, by zaprowadzić czystość w domu. Umiała rozdysponować prace pomiędzy służbą w dotychczasowym domostwie, więc poukładanie obowiązków pomiędzy kilkoma parami rąk do pracy, nie będzie stanowiło problemu. Cieszyła się na czekające ją zadanie. Dawno nie wykonywała tak prostych czynności sama.

– Trzymałaś w tajemnicy posiadanie takiej posiadłości. – Te słowa Antonii wypowiedział twierdząco, ale bez wyrzutu. – Ile jeszcze kryjesz tajemnic, kobieto?
– Mam nadzieję, że wystarczająco dużo, by intrygować cię do końca życia – odparła zmęczonym głosem, wysupłując się równocześnie z sukni. – Jutro odpowiem na twoje pytania kochany, ale dzisiaj chodźmy już spać.

Nie dyskutował. Był równie zmęczony, co żona. Czuł takie znużenie ciała, że nawet odór świńskiej krwi, którą nasączał regularnie prowizoryczny bandaż, nie przeszkadzał mu na tyle, by chcieć szukać sposobu, na umycie się. Mimo postanowienia, które składał samemu sobie podczas drogi. Zrzucił przepoconą odzież i nagi wsunął się pod kołdrę. Nim Ludwika do niego dołączyła, był już w stanie półsnu. Nerwy nadwyrężyły go tego dnia i mimo wczesnej pory, odpłynął w sen. Chwilę później Ludwika wtuliła się w męża i również usnęła.
Marlena w pokoju obok dłużej męczyła się z odpłynięciem w nieświadomość. Była głodna, spragniona i uczucie to mocniej zdominowało ciało, niż zmęczenie. W końcu jednak i ona usnęła. Marcel padł na łóżko w pełnym ubraniu i tak pokój obok pokoju, czworo ludzi odsypiało emocje dnia ucieczki z posesji, którą zagarnął najeźdźca.

Wieczorem kolejno wychodzili z pokoi, każde powłócząc nogami. Stan ten zmieniał się w momencie, gdy opuszczali budynek, a ciepłe, przesiąknięte jesiennym słońcem powietrze, budziło zmysły, obiecując sielski klimat na najbliższe lata.

– To zdradź mi proszę, skąd wziął się pomysł o tajemnym zakupie posiadłości. – To było pierwsze, o co zapytał Ludwikę mąż.
– Ludmiła mi to nakazała tuż po tym, jak wziąłeś mnie sobie na żonę. – Z uśmiechem obróciła twarz ku wieczornemu, chylącemu się ku zachodowi słońcu i zamknęła oczy. – Powiedziała mi o swoich widzeniach i o tym, że śniłam jej się od lat. Nie dałabym pewnie temu wiary gdyby nie fakt, że znała całe mnóstwo szczegółów z mojego życia, a co ciekawsze to i z naszego poznania się. – Przemilczała fakt, że znała też prawdziwe przeznaczenie jej ciała i to, iż tylko szczęśliwy zbieg okoliczności sprawił, że spotkała na swej drodze Antoniego.
– Czy widziała śmierć naszego syna? – Pytał, znając odpowiedź.  – Dlaczego nic o tym nie powiedziała? – Spochmurniał, oczy mu przygasły. – Bo nie mówiła nic?
– Dopiero po fakcie. – Sięgnęła po dłoń Antoniego, zamknęła ją w swoich. – By mnie przekonać do ucieczki.

O czym jeszcze nie powiedziała? Taka myśl przemknęła przez głowy obojga. Praktycznie równocześnie doszli do wniosku, że lepiej nie wiedzieć wszystkiego, nie poznawać sekretów przyszłości.

Wieczór upłynął nowo przybyłym na odświeżeniu ciała, najedzeniu się, uraczeniu winem. Oczywiście wszystko pochodziło z przywiezionych przez nich zapasów, o których zgromadzenie i zapakowanie zadbała Ludmiła.
Dla Jana, była to prawdziwa uczta. Kaśka była marną gospodynią, Jacek Waligrucha marnym gospodarzem i ledwie zapału mu starczało, by obrobić jedyną krowę i dwa konie, które były w ich posiadaniu. Minimalna ilość opału na zimę i drobne naprawy były jego maksymalnym wysiłkiem, a efekty pracy Jacka, nie napawały Jana optymizmem. Młodzian nie nadawał się do zajęć fizycznych, był zbyt nierozgarnięty.
Teraz, stary człowiek czuł umiarkowane szczęście, a wszystko za sprawą przybycia czworga młodych ludzi. Nie oczekiwał podwyższenia standardów życia. Radował się urozmaiceniem na stare lata, a także nadzieją na ciepłe słowo i może czasem na miskę strawnej zupy. Nie potrzebował dużo. Zostało mu niewiele czasu i tylko chciał go spędzić w pogodzie ducha, nie cierpiąc, nie myśląc o starości.

Siedmioro ludzi badało się wzrokiem, rzucając sobie ukradkowe spojrzenia. Kaśka, śmiała się, niczym młoda koza, przyciągając tym wzrok Marcela. Nie powalała urodą, ale jej radosna powierzchowność podnosiła atrakcyjność dziewczyny, intrygowała Marcela beztroską i spontanicznością. Kaśce Marcel wpadł w oko od pierwszego spojrzenia. Był wysoki, wyglądał na silnego, a tym samym na kogoś, kto mógłby się nią zaopiekować. Tęskniła za męskim ramieniem. W pobliskiej wsi mieszkali nieciekawi mężczyźni – nieroby, ochlaptusy, albo Ukraińcy. Tych ostatnich bała się, niczym diabeł święconej wody. Wyglądali na szalonych dzikusów, więc nawet w oczy starała się im nie spoglądać z obawy, że zatrują jej duszę, albo omamią i zmuszą do zapragnięcia ich. Raz prawie stało się tak, gdy jasnowłosy młodzian uśmiechnął się do niej na targowisku. Pamiętała uczucie, które unieruchomiło ją, zmieniając w skalną rzeźbę. Serce kołatało w piersi, jakby chciało z niej wyskoczyć. Tak długo, jak na nią patrzył, nie potrafiła wykonać ruchu, czy choćby mrugnąć okiem. Gdy wypuścił ją z więzów spojrzenia, pognała do domu, jakby gonił ją tuzin czarownic. Pogubiła zakupy, wiatr porwał z jej głowy chustkę, ale nawet tego nie zauważyła. Długo do siebie dochodziła po tym spotkaniu i tylko nieznośne uczucie w dole brzucha nie, dawało jej spokoju, zakłócało sen. Nie chciała już nigdy czuć tego mrowienia i ucisku w podbrzuszu. Zbyt dojmujące to było, a ona wolała się cieszyć, nie niepokoić.

Ludwika zauważyła wzajemne zainteresowanie Kaśki i Marcela, a także niechęć młodziana do Marleny. To drugie dziwiło ją odrobinę, ale zrzuciła to na karb odtrącenia względów chłopaka, przez jej podopieczną. Nie chciała o tym myśleć, zbytnio pochłaniało uwagę planowanie najbliższych dni i zaprowadzenie w domostwie porządku, który byłaby w stanie zaakceptować. Jako że była bardzo bystrą obserwatorką, zauważyła jeszcze jeden zadziwiający fakt. Jacek Waligrucha nie spuszczał rozpalonego wzroku nie z Marleny, ale z Marcela właśnie. Co jakiś czas wykonywał niekontrolowany gest, masując się przez materiał spodni. W końcu zniknął z pomieszczenia i tylko mogła podejrzewać, w jakim celu opuścił ich towarzystwo.

Nie będzie łatwo i bezproblemowo – przyznała przed sobą, nie wypowiadając tego na głos. – Jutro czeka nas dużo pracy, ale lepiej skupić się na wysiłku fizycznym, niż rozpamiętywać to, co się utraciło.

Tej nocy przypomniała mężowi, jak wiele jest radości przed nimi tak długo, jak będą razem. Zmęczeni łóżkowymi zmaganiami usnęli, obejmując się czule.
Marlena długo leżała w ciemności swojego pokoju, wpatrując się w sufit, po którym powoli wędrowała plama jasnego, odbitego od szyby blasku księżyca. Nie martwiły ją obecne zmiany następujące w życiu. Były lepsze, niż powrót do klasztoru. Podskórnie czuła, że czekają ją ciekawe, pełne przygód wydarzenia. Nie znała źródła przeczucia, ale odbierała pozytywną energię. Myślała o Ludmile i jej naukach. Nie mogła wiedzieć, że nad jej łóżkiem unosił się osobisty anioł stróż, czyli Ludmiła właśnie. Ciepłe myśli dziewczyny wzmacniały więź między jej duchem, a światem wieszczki. Gdzieś opodal Ludmiła odbierała jeszcze jedno istnienie, które szukało odkupienia i swojego miejsca. Wiedziała, że i jego czas nadejdzie, ale będzie musiało poczekać. Czas płynął inaczej, gdy nie ograniczały duszy fizyczne pragnienia.

Śpij, dziecko – uspokajała Marlenę kojącą myślą. – Czeka na ciebie wiele do zrobienia. Śpij teraz, bo za kilka dni nastąpią zmiany. Zrobisz coś, o zdolność do czego byś siebie nawet nie podejrzewała.

Zapadła noc, a wraz z nią zapadali w sen kolejni domownicy i tylko Jacek Waligrucha z obrazem Marcela pod powiekami, energicznymi ruchami dłoni, pobudzał sztywne przyrodzenie. Wyczuwał, że ten gustuje w kobietach, ale nie przeszkadzało mu to w wyobrażaniu sobie wypiętego zadka chłopaka i jęków rozkoszy, albo bólu. Nie potrafił zdecydować, jakie reakcje podnieciłyby go bardziej. Chyba to, że mógłby go rozdziewiczyć, nawet zadając przy tym ból. Zdecydowanie byłoby to emocjonujące, a nawet nieczyste, ale już na samą myśl, w jądrach Jacka zawrzało, a chwilę później lepkie strumyki wystrzeliły na brzuch. Teraz mógł usnąć. Uspokoił się odrobinę. Podciągnął pod brodę kołdrę, obrócił się na lewy bok, a chwilę później spał.

– Co cię sprowadza, miła moja? – Jan uśmiechał się, spoglądając w ukochane, zielone oczy. – Czyżby mój czas już nadszedł?
– Nie, Janku. – Smukłe, delikatne palce pogłaskały pomarszczone, pokryte białą szczeciną policzki. – Wręcz przeciwnie, kochany. Przyszłam wlać w ciebie życiodajną energię. Musimy pomóc młodym. Czekają na nich ważne sprawy.
– Ja już nie mam siły, Ludmiło. – Przechylił głowę, z miłością spoglądając w ukochaną twarz rudowłosej dziewczyny.
– Po to właśnie przyszłam. – Pochyliła się do przodu, ogniste loki zsunęły się z pleców do przodu, łaskocząc starca i budząc tym ciało, rozpalając w nim ogień. – Wiem, jak wlać w ciebie życiodajne soki. Obiecuję, że będzie przyjemnie.
– Tak – mruknął, czując twardniejącą męskość. – Musisz więc przychodzić do mnie co noc.

Po korytarzu niosło się sapanie i jęki dwojga, zapamiętałych w namiętnych zmaganiach, ludzi. Brzmiało zwyczajnie, jak bój kochanków. Gdyby jednak ktoś wszedł do pokoju starca, zobaczyłby dwoje pięknych, młodych ludzi, ich splecione kończyny i wykrzywione rozkoszą twarze. Przez tych kilka chwil Jan stawał się na powrót młodzieńcem, a Ludmiła przybierała cielesną postać. Otulała ich jasność, a światło przenikało ciała, otaczało fizyczność.
Ludmiła wiedziała, że plan, który stoi przed Marleną, potrzebuje pomocy z zaświatów. Widziała dwie wersje przyszłych zdarzeń – szczęśliwą i tragiczną. Musiała dopomóc im tym bardziej, że ich losy splatały się z istnieniami wielu innych ludzi. Tych, których mieli dopiero poznać, począć i pokochać.
Rozkoszne było to pomaganie.

32
  • Agnieszka Wróblewska

    Mikokamako, dziękuję za wspaniałe opowiadania. Wpadłam tutaj kilka dni temu i przeczytałam wszystko, co zakończone, a teraz niecierpliwie czekam na ciąg dalszy historii rodzinnych 🙂 Przyczepię się tylko do dwóch błędów, nie ze złośliwości, ale dlatego, że uważam, iż tak dobre opowiadanie zasługuje na korektę: piszemy „brud” („bród” też istnieje, ale to co innego) i „z zaświatów”. Nie gniewaj się, proszę, za te drobne uwagi. Pozdrawiam i życzę dużo weny i dużo czasu na pisanie 🙂

    • Agnieszko, poprawione.
      Dziękuję i wiedz, że nie obrażam się o wskazanie błędu, lecz jestem wdzięczna. Wielu rzeczy nie wiem i dowiaduję się regularnie, gdy palnę błąd. Czasami to ortografia, innym razem nieznajomość motocykla (na przykład) 😀 Zazwyczaj właśnie dzięki Wam 😀
      Marzy mi się, żeby korektę miało wszystko, co piszę. Dojdę do tego, bo bardzo poważnie myślę o pisaniu czyli czymś, co pokochałam.
      Historie dotknęły tematu, który ostatnimi czasy bombarduje mi umysł, czyli II wojna światowa.
      Gdybym tylko więcej czasu na pisanie miała 🙂
      Całusy :-*