Historie rodzinne XXX

mikakamaka 01/06/2017 22:41 2 Permalink 36

Dwie części jednego dnia, ale tak mi się cudnie układa ta powieść w czaszce, że nie sposób ją w niej utrzymać. Poza tym, w końcu jest dzień dziecka 😉
Przyjemności.

Zarządzono otwarcie blokady i przepuszczenie samochodu. Bartłomiej wiódł rozmarzonym wzrokiem za ciężarówką, w której siedziała przeznaczona mu kobieta. Takie było jego zdanie, tak marzył i chciał wymóc na rzeczywistości. Gdy zamykali na powrót przejazd, z opuszczonej szyby po stronie pasażera wysunęła się kobieca dłoń i pomachała Bartłomiejowi chusteczką. Pęd powietrza wyrwał kawałek materiału spomiędzy smukłych palców i wiuchnął nim na pobocze. Bartłomiej zwalczył pokusę, by wbiec w połamane w większości łany zboża i odnaleźć pamiątkę, owinąć nią pukiel włosów. Nie chciał wyjść na mięczaka, skompromitować się. Utrwalił w głowie wspomnienie, dołączył je do tych, które miały mu wystarczyć do momentu, gdy będzie mógł odnaleźć Marlenę. Postanowił zapamiętać każdy detal otaczającej go przyrody wraz z zapachem kurzu, który opadał powoli na drogę jeszcze długo po tym, jak ciężarówka zniknęła mu z oczu. Musiał jeszcze tylko wymazać smród potu kierowcy, bo ten zakłócał wyidealizowany obrazek. To ten fetor skrócił czas poświęcony rewizji. Nie cierpiał braku higieny. Czystość była jego zboczeniem. Gdyby wiedział, że przyjdzie mu brodzić w ściekach pod miastem.

Marcel nie odezwał się ani słowem. Był zły na Marlenę, za jej przychylność obcemu żołnierzowi i brak atencji, w stosunku do niego. Marlena wyczuwała jego stan, ale miała to zwyczajnie gdzieś. Oparła głowę o szybę i rozmarzyła się. Nie myślała o żadnym spośród znanych jej mężczyzn.
Dla Tomasza była interesem, który ten ubił z Ludwiką. Zrobił swoje i zapomniał. Może odrobinę cierpiał, ale przecież nie próbował jej zdobyć, czy choćby skontaktować się. Zainkasował należność i zapomniał. Nie miała mu tego za złe. Rozumiała pobudki.
Ignacemu zależało jedynie na tym, by ją zdobyć i nasycić się jej ciałem, a pewnie i zdominować umysł. Dowiódł tego, udając się do dzielnicy burdeli i to tam dosięgła go kara za to. Nie życzyła mu źle. Po prostu taki los był mu pisany.
Marcel, który boczył się na nią właśnie, wywoływał w niej najmniej emocji. Ani ciepłych, ani złych, a brak uczuć jest bodaj najgorszy. Nie chciało jej się nawet go zagadywać, więc zamknęła oczy, postanawiając się zdrzemnąć.
Kołysanie samochodu zmorzyło ją, nie na długo jednak. Ludwika zażądała zmienienia się z nią miejscem, musiała więc przetransportować się na pakę i usiąść przy wezgłowiu leżanki Antoniego. Samochód ruszył ponownie, a wraz z nim Antoni zaczął chrapać, zagłuszając myśli dziewczyny i przeganiając resztki snu spod jej powiek.

– Powiem ci, jak jechać, ale musisz zwolnić. – Ludwika przetarła zmęczone oczy, starając się sobie przypomnieć miejsce, w którym należało skręcić. – Miniemy kapliczkę Matki Boskiej po prawej stronie i zaraz dalej będzie stary, drewniany krzyż po lewej. – O tam! – Wskazała podniecona widokiem bielonych ścian kapliczki, przykrytych niebieskim daszkiem. – Teraz krzyż. – Oparła się dłońmi o zniszczoną tapicerkę i prawie przykleiła czoło do przedniej szyby. – Tam jest zjazd!

Była uradowana odkryciem tym bardziej, że po krzyżu nie było śladu. Może zniszczał i padł pod naporem wiatru. Zniknął, zabierając punkt orientacyjny. Ludwika pamiętała jednak nietypowy kształt pnia drzewa, przy odbijającej w prawo dróżce. Coś, jak stuletnia, zgarbiona postać staruszki, z kulą liściastej zieloności na głowie.

– Jest pani pewna? – Marcel z powątpiewaniem spoglądał na wąski przesmyk między drzewami zastanawiając się, jak tak duże auto ma się między nimi zmieścić. – Ciasno tu. Może być problem…
– Nie będzie żadnego problemu. – Ludwika nie próbowała ukrywać radości. – Mężu, musisz wysiąść i pomóc w przejechaniu wozem.
– Dobrze, kochana. – Antonii zdjął z głowy atrapę bandaża i z ulgą rzucił go na podłogę. Smród krwi postanowił zmyć zaraz po przybyciu na miejsce. – Co robić?

Przez kolejne pół godziny siłowali się z Marleną, z całych sił odciągając pochyłe drzewo w drugą stronę, odginając je od osi, a raczej dociągając do pionu. Wszystko po to, by przejechać pod jego gałęziami bez uszkodzenia ich, a tym samym bez zostawienia po sobie śladów. W końcu zdyszani, gnieżdżąc się jedno przy drugim na kanapie w szoferce auta, posuwali się wolno wyboistą, leśną drogą. Żadne nie kryło podekscytowania bliskością celu. Całe życie rozsypało im się, zmieniając w jedną wielką niewiadomą, toteż coś tak przyziemnego, jak własny kąt, jawiło się nadzwyczaj pięknie. Gdy zza zakrętu grubych, wysokich na kilkanaście metrów pni wyłoniło się ogrodzenie, Ludwika pisnęła i podskoczyła radośnie na kolanach Antoniego. Ten był zaskoczony spontanicznością reakcji żony. Od kiedy pamiętał, objawiała młodzieńcze cechy wyłącznie w odosobnieniu alkowy. Na co dzień była stateczną, pozbawioną porywczości kobietą. Spodobała mu się ta odmiana i dała nadzieję, że może nadchodząca przyszłość nie będzie całkowicie zła i wypełniona smutkiem straty. Ukłuło go wspomnienie o Ignacym. Dobry, lecz zbytnio zachłanny chłopak z niego był. Nie rozpieszczali go przecie, nie przesycili dobrami. Uwagi rodzicielskiej otrzymał w nadmiarze i tylko z natury zbytnio zabawowy był i leniwy. Wiedział, że Ludwika myśli podobnie. Ignacemu sądzony był straceńczy los. Musiał zniszczyć siebie tak, jak nie potrafił szanować uczuć innych.
Antoni westchnął, przeganiając smutki, ciaśniej objął kibić żony i patrzył na wysoki mur i metalową, zdobioną skręconym żelazem bramę.
Przez dłuższą chwile nie działo się nic. Po kwadransie, w czasie którego ustalali, które z nich ma przejść przez mur, w prześwicie zdobień imitujących roślinność, ukazała się sylwetka. Marcel opuścił szoferkę i z ramionami uniesionymi w geście poddania, podszedł kilka kroków w przód.

– Przywiozłem panią Ludwikę, właścicielkę tych ziem i zabudowań – krzyknął w kierunku zarośniętych bluszczem prześwitów. – Wpuście nas. Za nami długa droga.

Znów minuty minęły, nim wydarzyło się cokolwiek. Chłopakowi przemknęło przez głowę, że w takim miejscu czas płynie inaczej. Od zawsze mieszkał w mieście, a tam wciąż działo się zbyt wiele. Równolegle trzeba było wypełniać czekające na człowieka zadania, a równocześnie dbało się o to, jak postrzegano zachowanie i dbałość o konwenanse. Przywykł do tego Marcel, toteż brak jakichkolwiek znamion dobrego wychowania tu i teraz, zaskoczył był chłopaka.

– Mąż pani Ludwiki Antoni, jest ranny. – Blefował, próbując wywołać jakąkolwiek reakcję. – Syn Ludwiki został zamordowany! – Opanowywało go zniecierpliwienie, wywołane zmęczeniem. – Miejże człowieku odrobinę litości. Wojna jest!
– Wojna? – Po głosie poznać było, że za bramą ukrywa się mocno wiekowy jegomość. – A to trza było tak od razu. – Słychać było zgrzyt klucza w zamku, podzwanianie łańcucha, a po dłuższej chwili jedno z metalowych skrzydeł bramy zaczęło w ślimaczym tempie ustępować w tył.
– Pomogę. – Marcel podbiegł i pomógł otwierać przejazd. – Ciężko idzie.
– Dawno nikt tu nie był. – Staruszek wpadł w zadyszkę, strzelbę traktując, niczym laskę, podpierał się nią. – Po zakupy to się na kasztanku jedzie boczną furtą. – Wskazał głową w nieokreślonym kierunku. – Zardzewiała brama, to i ciężko chodzi. Co za wojna na zewnątrz się zaczyna?
– Z Niemcami, ojczulku – stęknął, napierając całym sobą i odgarniając bramą zeschnięte, nawiane wiatrem liście i kawałki gałązek, oraz drobne kamienie. – Panią Ludwikę, moją chlebodawczynię, uratowałem dzięki pewnej starowinie. – Poczuł, że powinien podzielić się losami rodziny, z tym półprzezroczystym już człekiem.

W połowie staruszek był tutaj, a częściowo w świecie dusz. Czuł to Marcel i nie mógł wiedzieć, jak bardzo ma rację. Jan spoglądał co chwila ponad dach ciężarówki nie wiedząc, co tak naprawdę przyciąga jego uwagę w tym kierunku. Nie widział, lecz czuł dobrą energię i kogoś, kto sprawował nad nim opiekę i otulał całunem miłości. Nie próbował tego zrozumieć, lecz przyjmował na wiarę. Skąd miałby wiedzieć, że w tym miejscu czasu znajdowała się jego dawna miłość – Ludmiła. Jedyna miłość. Przeznaczenie, któremu miał śmiałość stawić czoło.

– Chodźcie więc do domu. – Siwowłosy człowiek dreptał już brukowaną granitem drogą, w kierunku podjazdu. – Trochę podupadła nam posiadłość, ale mało mamy rąk do roboty. Jacek Waligrucha naprawi proste rzeczy i nic ponad to – wyliczał, kuśtykając ku domostwu. Antoni odpalił silnik i toczył powoli ciężarówkę, w ślad za dwójką mężczyzn. Ludwika siedziała na miejscu pasażera, lecz wyglądała tak, jakby chciała podskakiwać z nadmiaru emocji na pupie, ale całą, dostępną siłą woli powstrzymywała podniecenie i ugniatała je wraz z pięściami, mnącymi materiał sukienki na kolanach. – Zośka, to dobre dziecko i ugotuje smacznie, ale więcej się to dziołszysko śmieje, niż myśli. – Podrapał się po głowie, mierzwiąc białe włosy. – Posprząta, ogarnie wejście i tyle. Reszta należy do mnie, a jak widzicie, niewiele we mnie już życia. Kiedyś było inaczej. Miałem najcudniejszą dziewczynę we wsi. – Zaśmiał się, celując w Marcelego pokrzywionym palcem. – Najładniejsza, najmądrzejsza i w dodatku czarodziejka! – Zatrzymał się, a w ślad za nim Marcel i prowadzący ciężarówkę Antoni. – Ludmiła miała na imię i była czarodziejką, a może raczej wróżką.
– Pani Ludmiła uratowała nam życie! – wykrzyknął zaskoczony chłopak. – Gdyby nie ona, nie byłoby już nas. To pana oblubienica?
– To moje życie, przeznaczenie i przewodniczka po życiu i śmierci – odparł filozoficznie, drapiąc brudnym paznokciem białą szczecinę na policzku. – Mnie też uratowała i powiem ci młodzieńcze, że takiego ratunku chciałby zaznać każdy.

Nie powiedział już nic więcej. Zamyślił się i sapiąc z wysiłku, dreptał żwirową drogą, chrzęszcząc podeszwami. Zatopił się we wspomnieniach, gdy to ciało było młode i posłuszne jego umysłowi. Umysł nadal miał pragnienia i kochał wybrankę serca. Ciało zużyło się, a za niedługo miało odmówić posłuszeństwa duchowi.  Od kilkudziesięciu godzin czuł swoja wybrankę bardziej, niż kiedykolwiek dotąd. Przyszła do niego we śnie i obudziła ogień w starczym ciele. Piękna, młoda, naga, za jedyne odzienie mająca bujne, rude włosy, gęstymi kędziorami opadające na białe, sterczące piersi. Jędrne, szczupłe ciało dosiadło jego pomarszczone, bezużyteczne lędźwie, a te, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, ożyło. Rudowłosa, ognista kochanka nabiła się na jego starczą męskość, a ta ożyła, niczym nasączony życiodajnymi sokami korzeń. Dopiero obejmowała miękki trzon, by po chwili ten stwardniał, nabrzmiał żyłami i zgrubł bardziej, niż kiedykolwiek na jawie. Jan pamiętał, jak we śnie drżąc i jęcząc, był brany przez piękność i w akompaniamencie jej pełnych zapału jęków, zdążał ku ekstazie. Spełnienie było dojmujące i dziwne, obiecywało szczęście po śmierci. Nie rozumiał tego, ale też nie próbował pojąć umysłem niepojętego. Uwierzył i tęsknił za Ludmiłą. Gdyby nie ten przesycony miłością erotyczną sen, nie otworzyłby bramy, a zastrzelił każdego, kto odważyłby się podejść do bramy. Ona powiedziała mu jednak, że idą zmiany. Na lepsze, na inne.
Jan nie chciał zmian, pragnął Ludmiły.
Drepcząc obok młodziana westchnął i z oddechem przeniósł się w pełne gorącego piękna wspomnienia.
Wspominał miłość. Nie minioną.
Uśpioną.

36
  • Zuzanna Minor

    • Zygfryd

      W tamtych latach mieli zajebistą muzykę 🙂