Historie rodzinne XXXII

mikakamaka 20/06/2017 21:25 0 Permalink 23

Bez wstępów, bo czasu mało.
Miłego czytania i tyle 😀
Buziaki :-*
ps. mam cichą nadzieję, że jeszcze w tym tygodniu kolejna część, ale jak to móowią:
Nadzieja matką… 😉

Ludwika wpadła w szał sprzątania, odkopując domostwo z pokładów kurzu, brudu i odgracając kolejne pomieszczenia. Do szału doprowadził ją widok mysich bobków, na które trafiała co krok w każdym pomieszczeniu i szafce, nawet na półkach w spiżarni.
Kaśka zaczęła przeciągać w czasie wykonywanie czynności, w końcu wymykała się, przemęczona tempem, które narzucała nowa chlebodawczyni. Czuła również coraz większą niechęć do Marleny, której kondycja przypominała jej lokomotywę. Marlena wykonywała kilka czynności równocześnie, by w przerwach gotować, przygotowując posiłki dla siedmiu osób. Ludwika zlitowała się w końcu nad Kasią i zgodziła się, by ta robiła zaopatrzenie na pobliskim targowisku. Drobna dziewczyna pędziła więc zaraz po śniadaniu i wracała koło południa, obładowana składnikami spożywczymi, w które wioska wciąż była zasobna. Dochodziły co prawda wiadomości o rozprzestrzeniającej się penetracji kraju przez Faszystów, ale działo się to na szczęście w dużych miastach i na ich obrzeżach. Ludmiła wiedziała, gdzie pokierować swoje podopieczne, wybierając to właśnie miejsce.

Po bez mała miesiącu, wszyscy domownicy wpadli w rytm, życie nabrało płynności. Dni wypełniły obowiązki i drobne przyjemności. Przygotowywano się do zimy i po raz pierwszy stary Jan cieszył się na nadchodzące mrozy. Nie obawiał się już chłodu, krótkich dni i cichych wieczorów. Dom tętnił życiem, a w jego murach rozbrzmiewały śmiech, rozmowy i szum zwyczajnego życia.

Kolejna noc, nie dla wszystkich była spokojna. Domownicy spali, zbyt zmęczeni, by zwracać uwagę na cichy pomruk silnika na czarnym, bezgwiezdnym niebie. Marlena, na skraju snu zarejestrowała nowy dźwięk, po czym odpłynęła w niebyt. Śnił jej się warczący zwierz, który na szczęście przemknął nad jej głową, po czym oddalił się.

***

– Skacz!

Ta krótka komenda uruchomiła w Stefanie wystrzał adrenaliny, spięcie ciała i skok w przód, w ciemny otwór pod nogami. Właściwie wystarczyło, by się pochylił, a grawitacja i wciągający go ciąg powietrza, zrobiły resztę. Zamknął oczy, ramiona docisnął do ciała i czekał, aż szalone wirowanie, w jakie wpadło ciało osłabnie, by mógł przyjąć pozycję do lotu i otwarcia spadochronu.  Udało mu się w końcu powoli odsunąć łokcie od boków i odrobinę rozprostować nogi. Stabilizował sylwetkę, leciał twarzą w dół. Przed nim rozpościerała się czerń nocy, ale nie mogli ryzykować zrzucenia go w dzień. Od momentu wyskoczenia z samolotu, liczył w równym tempie. Przy ośmiu sięgnął do uchwytu z lewej strony klatki piersiowej i pociągnął. Szarpnęło nim, gdy wytracał prędkość, a łopoczący materiał czaszy łapał powietrze, nadymając się. Liczył nadal bo wiedział, ile mniej więcej dzieli go od ziemi. Za chwilę do niej dotrze i wtedy zacznie działać. Obliczono idealnie, wyskoczył nad polami. Opadł na w miarę płaską powierzchnię, pęd ciągnął go jeszcze kilka metrów po ziemi. Nie zdążył się poobijać, odzyskał równowagę. Stanął na szeroko rozstawionych nogach, dłońmi zbierał nadmiar linek, przyciągając do siebie łopoczący spadochron. Dopiero gdy udało mu się objąć materiał ramionami, rozejrzał się wokoło. Czerń nocy, cisza przerywana ujadaniem psa i ciemność uspokoiły go. Mógł odetchnąć i przejść do etapu drugiego. Na tyle, na ile pozwalał  bagaż pod pachą, pobiegł w kierunku majaczącego opodal lasu. Między drzewami zwolnił, by badać stopami podłoże. Gdy trafił na zoraną przez dzika ściółkę, padł na kolana i wyciągniętą z kieszeni na udzie saperką, zaczął kopać dół. Po pół godzinie spocony, ale zadowolony z dzieła rąk wstał, i otrzepując przybrudzone kolana, oddalił się od miejsca zrzutu.
Kombinezon, spadochron i wszystko, co świadczyło o tym, kim jest, zostało pod ziemią. Skoro świt ruszy do wioski i tam poszuka łącznika. Teraz przycupnie w jaskini, lub pod jakąś skarpą, utworzoną przez korzenie powalonego drzewa i zachowując czujność, prześpi się kilka godzin.

***

Jak co dzień Kaśka opuściła dom i z wiklinowym koszem na ramieniu, skierowała się ku wsi. Nie spieszyło jej się, lubiła spacerować wśród pól. Ten poranek był chłodny, choć przymrozki jeszcze nie nadeszły. Czerpała przyjemność z wdychania rześkiego powietrza, nasiąkania prawie białymi promieniami słońca. Słuchała śpiewu ptaków i już cieszyła się na jesień i pierwsze chłody. Rozpalą wtedy ogień w kominkach i po raz pierwszy nie trzeba będzie oszczędzać na opale, bo panowie nawieźli go w bród.
Uwielbiała wpatrywać się rude płomienie, słuchać trzasku trawionych przez nie polan.
Przy wyjściu na dwór, od strony kuchennych drzwi, cała ściana okryta była, ułożonymi na dwa metry klockami drewna. Za stodołą czekało na mrozy drugie tyle, a i przy ogrodzeniu rosły zapasy.
Szła, nucąc pod nosem, oglądając korony drzew, zadzierając głowę. Z uśmiechem na twarzy weszła do wioski i pozdrawiając, znanych jej od dziecka, mijanych po drodze gospodarzy i gospodynie, dotarła do targowiska. Niewiele miała do kupienia, ale nie ominęłaby okazji, by wyrwać się ze spowalniającej już odrobinę machiny, w którą zmienił się dworek.
Musiała przyznać, że teraz miejsce to przypominało dom i takim właśnie zapachem przesiąkło. Gdy przestępowała próg drzwi wejściowych, atakowały ją wonie potraw, świeżego powietrza i kwiatów. Te ostatnie były słabością pani Ludwiki. Obowiązek zrywania polnego kwiecia należał do Marleny, bo Kasia nie lubiła roślin. Wolała ludzi, w szczególności mężczyzn. Żadnego dotąd nie poznała, może poza Jackiem i Marcelem. Jacek był dla niej odstręczający i nie raz przyłapała go na zabawach męskością. Zazwyczaj w stodole, gdy podglądał spółkujące osły. Wycofywała się wtedy rakiem, nie domykając drzwi, by skrzypnięciem nie zdradziły jej obecności. Czuła niesmak, nawet wstręt, ale i zaintrygowanie. Męskie atrybuty stanowiły dla niej tajemnicę i nie umiała o nich spokojnie myśleć. Z rumieńcami na policzkach i pulsowaniem w dole brzucha przemykała chyłkiem do kuchni i na piętro, do swojej izdebki.
Marcel ją zaciekawił, ale nie czuła do niego przyciągania. Nie takie, o jakim czytała, a nawet słyszała od zaprzyjaźnionych służek, pracujących w większych domach, które raz na czas wracały do domu, by odwiedzić rodzinę. Odwiedzić, a przy okazji obdarować, podkreślając przy tym swój podwyższający się statut społeczny. Im droższe prezenty przywoziły, tym większe zainteresowanie niezaślubionych gospodarzy we wsi wzbudzały.
Kaśkę nie bogactwa jednak interesowały, ale to, co działo się w sypialniach pałacowych i domowych. Co ładniejsze dziewczyny o wiele więcej zarabiały nie sprzątając, gotując i pomagając w domu. Najwyższe kwoty otrzymywały od właścicieli domów. Za usługiwanie ciałem im, lub swym synom, by ci nabrali sypialnianej ogłady.
Nie raz Kaśka zastanawiała się, jak by to było dotknąć sztywnego oręża i zrobić to, co za sypialnianymi drzwiami robią kochankowie.
Zawsze, gdy o tym myślała, robiło jej się gorąco. Tak było i tego poranka, a stało się to za sprawą pewnego młodzieńca, który ponad stertą kapust, zieleniących się liśćmi, ułożonymi w wysoki stos na straganie, mrugnął do Kaśki i posłał jej uśmiech. Przycisnęła wtedy koszyk z jarzynami do piersi, i mrugając gwałtownie odwróciła się w przeciwnym kierunku. Z wrażenia zapominała nawet odebrać resztę od sprzedawcy, którą ten trzymał w wyciągniętej dłoni.
Odeszła w kierunku domostwa, czując że zesztywniały jej nogi. Serce waliło, niczym młotem tym bardziej, że chłopak był wyjątkowo urodziwy. Pomyślała, że tak właśnie powinna czuć się przy mężczyźnie. Nie była doświadczona, nie zaznała dotąd słodyczy zbliżenia, ale marzyła o tym w skrytości ducha.

Ciekawe, jak by to było, gdybym odwzajemniła uśmiech i pozwoliła zaprosić się na spacer temu młodzieńcowi? – Oddychała szybko, krótkimi wdechami, bijąc się z myślami. – Może jutro też go tutaj spotkam? Wtedy się uśmiechnę. – Uśmiech rozjaśnił jej twarz, poczuła radosną lekkość.

Całej sytuacji przyglądał się inny mężczyzna. Stał oparty ramieniem o wiatę jednego ze straganów i żując źdźbło trawy, patrzył na drobną sylwetkę Kasi. Dziewczyna spodobała mu się. Lubił takie drobne, delikatne kobiety. Właściwie, to z tyłu wyglądała trochę, jak dziewczynka, nie dorosła kobieta. Wasyl lubił dziewczynki. Były słodkie, pachniały czystością i przyciągały go, niczym magnes.
Teraz odepchnął się łokciem i ruszył za Kaśką uważając, by zachować dystans.

Kasia szła, błądząc myślami w różowych obłokach. Widziała siebie w objęciach uśmiechającego się do niej blondwłosego chłopaka, czuła jego pocałunki. Obejmował ją delikatnie, jego serce biło dla niej szybko, wyznawał jej nawet miłość.

– A dokąd to nogi niosą?

Krzyknęła, słysząc dobiegające ją zza pleców słowa. Obróciła się gwałtownie, znów dociskając do piersi koszyk, jakby wiklina i zamknięte w jej splotach warzywa, mogły stanowić jakąkolwiek ochronę. Nie odpowiedziała, a jedynie przyglądała się mężczyźnie. Niezbyt wysoki, krępy, grubej kości, górował tężyzną nad drobną Kasią. Ta mrugała, cofając się krok po kroku w tył. Bała się, z przerażenia nie potrafiła przełknąć śliny. Przełyk skurczył się ze strachu, źrenice zabarwiły oczy na czarno.
Jemu podobało się to zachowanie. Lubił, gdy kobiety się go bały. Ta była wyjątkowo przyjemna dla oczu. Postąpił krok w przód, nie odrywając wzroku od jej twarzy. Nie mrugała, przypominała mu sarnę. Wystraszona, epatująca płochliwą niewinnością i bezbronnością. Widział, że robi krok w tył i trafia stopą w nierówność terenu. Wyrzuca dłonie w bok, by odzyskać równowagę. Machnęła koszykiem, którego zawartość pofrunęła we wszystkich kierunkach. Dziewczyna klapnęła na pupę, po chwili obróciła się i wystartowała z pozycji na klęczkach.
Zaskoczyła go. Nie podejrzewał, że jest taka szybka. Puściła się biegiem zakasując spódnicę, trzymając ją pod pachą. Drobne nogi przebierały po piaszczystej nawierzchni, pozostawiając osłupiałego mężczyznę w tyle. Zaśmiał się w głos, bo teraz już wyglądała jak umykająca przed drapieżcą sarna. On był tym drapieżcą, tak się czuł. Pobiegł za nią wiedząc, że dziewczyna nie ma przy nim szans. Specjalnie śledził ją kilka kilometrów czekając, aż zapuści się głęboko w las.  Wolał mieć pewność, że nie zaskoczy go mieszkaniec wioski, ani też nikt nie usłyszy krzyku dziewczyny.
Czuł napływającą do lędźwi krew, gdy biegł, a odległość między nim, a tą sarenką, zmniejszała się powoli. Nie miała szans, ale próbowała. Może nawet będzie się starała walczyć. Pragnął tego. Chciał poczuć walące serce dziewczyny, gdy zedrze z niej ubranie i wedrze się w jej ciało.

23