Historie rodzinne XXXIV

mikakamaka 04/07/2017 13:08 3 Permalink 46

Milczyta, to i ja pomilczę.

Marlena jeszcze długi czas tkwiła w stanie kompletnego osłupienia.
Widząc to, co dzieje się kilkanaście metrów od niej, chciała interweniować. Wybrała poręczny, możliwy do utrzymania kamień i ważąc go w dłoni, skradała się w kierunku szamoczących się na ziemi. Była blisko, gdy złamana stopą gałązka trzasnęła. Gwałtownie uniosła kamień i w dwu krokach pokonała, dzielącą ją od Kasi i jej oprawcy, odległość. Zamarła, gotowa do ciosu. Nabrała powietrza w płuca i wtedy Kasia jęknęła. To nie był odgłos cierpienia, wręcz przeciwnie. Marlena nie mogła uwierzyć w to, co działo się u jej stóp. Para uprawiała seks i wyglądało na to, że za obopólnym przyzwoleniem. Była tego pewna, bo przecież naoglądała się podobnych sytuacji wiele, gdy mieszkała w domu Aldony.
Teraz, widząc reakcje Kasi, zastanawiała się, czy to możliwe, by ta para widziała się po raz pierwszy w życiu. Musieli się znać, bo przecież takiego samozapłonu u kobiety nie mógł wzbudzić nowo poznany mężczyzna.
I to u kogo? U Kaśki!
Marlena była pewna, że dziewczyna jest niewinną, szarą myszką, która nie zna sztuki uwodzenia. Okazało się, że nie ma bladego pojęcia o prawdziwym obliczu dziewczyny. Wiedziała jedno – musi z nią porozmawiać, koniecznie, na osobności. Postanowiła zrobić to od razu po powrocie.
Czekała, aż jej kochanek wstanie, odejdzie. Wolała nie ryzykować, bo przecież była podglądaczem. Mogłaby go tym rozzłościć choćby dla tego, że istniała możliwość, że kochankowie spotykają się w lesie, by utrzymać związek w tajemnicy. Kucnęła więc za kępą zarośli i czekała. Gdy już podejrzewała, że mężczyzna usnął i postanowiła przemknąć się ukradkiem, ten uniósł biodra i nie otwierając oczu, naciągnął spodnie. Usiadł, podźwignął się na ramionach, by w końcu wstać. Zachwiał się i byłby upadł, ale przytrzymał się drzewa. Pochylił tułów, jakby mu było słabo. W końcu wyprostował się i wolnym krokiem odszedł w las. Trzymał się przy tym za głowę, co chwilę kręcąc nią przecząco, jakby nie wierzył w to, co mu się przydarzyło.
Gdy zniknął z zasięgu wzroku, wstała i ona. Porzuciła myśl o zbieraniu kwiatów. Czym prędzej chciała znaleźć się w domu. Była tak skupiona na własnych myślach, że nie wyczuła obecności osoby trzeciej. Dopiero, gdy poczuła palce zaciskające się na jej ramieniu, podskoczyła przerażona i odwracając się do tyłu, rozpędziła zaciskającą się pięść. Celowała w obcego, nie zdążyła skorygować ciosu. Trafiła w pierś, nie wyrządzając żadnej szkody. Człowiek uśmiechał się pobłażliwie, czekając aż Marlenie minie szok. Odstąpił krok w tył i skłonił się z galanterią. Marlena osłupiała.

– Stefan Paździórski. – Zasalutował. – Proszę panienkę o wybaczenie. Nie chciałem jej przestraszyć.
– Przeprosiny przyjęte. – Marlena poczuła, że się czerwieni. – Żegnam.

Po tym, co widziała przed kwadransem, wciąż pozostał w jej wnętrzu ni to dreszcz, ni niepokój. Była obyta z obcowaniem ciał, a i sama niejednego próbowała. Może nie penetracji i żaden mężczyzna w niej nie był, ale przecież wiedziała, jak silne emocje ogarniają ciało, rozpalają duszę.

– Czy mogę panienkę odprowadzić? – Pokłonił się i ujął jej dłoń, unosząc do ust w momencie, gdy miała się odwrócić, by odejść. Nie spuszczał przy tym bacznego spojrzenia z twarzy Marleny, obserwując wypływajacy na jej policzki rumieniec.
– Nie może pan. – Ze złością wyrwała dłoń spomiędzy szorstkich palców mężczyzny i odwróciwszy się na pięcie, szybkim krokiem odeszła w kierunku domu.

Nie zmartwiło to Stefana. Postanowił iść za nią, utrzymując stosowny dystans. Tak, by nie odkryła, że jest śledzona.

Marlena czuła potrzebę ucieczki przez wrażenie, jakie zrobił na niej nieznajomy. Nie był tak urodziwy, jak Ignacy, ale coś kryło się w jego oczach. Przenikliwość tak intensywna, że czuła się sparaliżowana. Dotyk palców, gdy uniósł jej dłoń do ust i wzrok, którym śledził reakcje deprymował, onieśmielał i zawstydzał. Nie rozumiała tego, bo przecież przywykła do bycia obserwowaną. Zawsze ktoś patrzył na jej ciało, lub chociaż na ręce korygując to, co robiła. Ten człowiek zaglądał w jej duszę tak, jakby w niej czytał.

– A może to przez to, czego byłam świadkiem. – Zastanawiała się na głos, przyspieszając kroku.

***

– Kasiu, nie chcę cię zawstydzać. Muszę z tobą porozmawiać, ale najlepiej w moim pokoju.

Udało się Marlenie utrafić w moment, gdy dziewczyna wchodziła schodami na piętro. Cały dzień była obecna tylko ciałem, myślami błądziła daleko, rozpamiętując wydarzenia poranka.

– Wiem, co wydarzyło się w lesie. – Marlena przeszła do tematu, gdy tylko zamknęła drzwi pokoju. – Chcę o tym porozmawiać, o konsekwencjach. O możliwości bycia brzemienną – dodała, widząc mało inteligentną minę Kaśki.

Po ostatnich słowach dziewczyna zbladła.

– Ja… ja – wydukała, po czym otwierała już tylko usta. – To był mój pierwszy raz – wyszeptała, opuszczając głowę.
– Spokojnie. – Marlena objęła jej zlodowaciałe dłonie, pociągnęła za sobą, posadziła na łóżku. – Powiem ci co zrobić, byś nie musiała się martwić o takie sprawy.

Z szafy wyciągnęła opasły kufer, ten sam, który z takim mozołem podczas ucieczki dźwigał Marcel. Wtedy nie wiedziała, co w nim jest. Z resztą była zbyt przerażona samą eskapadą, by zastanawiać się nad czymś takim. Dopiero gdy dotarli do dworku, a Ludwika nakazała chłopakowi zaniesienie kufra do pokoju, który miała zająć Marlena, ta zajrzała do środka. Poznawała susze ziołowe i wywary. Pomagała je przygotować babce. Nalewki przeciw przeziębieniu, maści na kurzajki, a także mikstura, dzięki której kobieta mogła zaplanować moment poczęcia dziecka. Znała proporcje ziół na pamięć, wiedziała jak ją uważyć. O istnieniu tego specyfiku dowiedziała się już u Aldony, teraz miała tę wiedzę przekazać wystraszonej dziewczynie.

Godzinę później stała na niewielkim, przylegającym do jej pokoju balkonie i obracając twarz ku zachodzącemu słońcu wspominała to, czego świadkiem była w lesie. Ciężko było uwierzyć, że czyjś pierwszy raz, w dodatku w takich warunkach, może sprawić tyle rozkoszy. Zaskakujące było również i to, że niepozorna Kaśka miała za sobą pierwszy raz, a ona wciąż pozostawała dziewicą. Westchnęła i rozplatając włosy, wróciła do pokoju. Nie miała pojęcia, że jej ruchy śledzi para niebieskich oczu. Właściciel tkwił ukryty w zaroślach opodal i planował.
Kładąc się do łóżka, czuła ciężkość w sercu i smutek. Doskwierała jej samotność mimo tego, że żyła otoczona ludźmi. Potrzeba bliskości, którą częściowo wypełnił Tomasz, później miał to samo uczynić Ignacy. Dotąd miała na co czekać, teraz żyła z dnia na dzień. Nim usnęła, modliła się, prosząc Boga o cel.

***

– Obudź się.

Marlena wydostawała się na powierzchnię snu. Pierwszym, co zarejestrowała była niezdolność do ruchu. Ktoś zakrył jej dłonią usta i przycisnął ciężarem ciała, do materaca.
Szarpnęła się, chcąc uwolnić. Krzyknęła, ale palce ściślej objęły jej usta i część policzka, wciskając głowę w poduszkę.

– Nie zrobię panience krzywdy. – Mężczyzna szepnął jej do ucha, luzując zacisk palców. – Jeśli obieca panienka, że będzie cicho.

Zamilkła posłusznie, nie śmiała się ruszyć. Zastanawiała się, czy może Marcel chciał ją w ten sposób posiąść, ale porzuciła tę myśl szybko. Nie lubili się od przyjazdu tutaj i unikali, nie rozmawiając nawet. Przemknął jej przez myśl jeszcze i ten, z którym w lesie była Kaśka.

– Stefan Paździórski. – Jakby czytał w jej myślach. – Przedstawiłem się w lesie. Nie chcę panienki krzywdzić. Potrzebuję pomocy.

Marlena rozluźniła się odrobinę, przytaknęła ruchem głowy. Stefan cofnął dłoń, poluzował uścisk.

– Mogę panienkę puścić? – Już tylko opuszkami palców dotykał warg. – Jeśli panienka odmówi, zniknę, jakby mnie nigdy nie było.
– Będę cicho – wyszeptała.
– To dobrze – mruknął, nie ruszając się jednak, by ją puścić. – Szkoda by było.
– Czego? – Głos jej zadrżał, opanowywały ją nowe emocje.
– Tak miłego kontaktu. – Kciukiem przejechał po dolnej wardze, przesunął na górną.

Strach ustąpił, zastąpiło go coś innego. W ciele Marleny obudziło się pożądanie, którego od dawna nie czuła. Przy Ignacym nie zdążyła, przy Tomaszu rozbudzało się dopiero. Przysnęło w międzyczasie i później, po ucieczce, teraz wybuchło nagle, jakby czekało na jakikolwiek zapalnik. Oddech przyspieszył, czuła że policzki jej płoną. Stefan odczytał jej reakcje, sam panował nad sobą. Ledwie, bo już sam zapach dziewczyny oszałamiał. Było ciemno, nie widział jej twarzy lecz pamiętał, jak piękna jest. Nie powstrzymał się przed zaciągnięciem się wonią rozgrzanych włosów. Chciał zapamiętać ten moment na wypadek, gdyby jednak nie dotrzymała słowa.

– Jutro w lesie? – Z ustami przy policzku, nosem przy uchu wyczuwał, jak zadrżała. – Tam gdzie spotkaliśmy się w ciągu dnia? Tam gdzie oni…

Wiedział, że przypomni sobie gorącą scenę spod drzewa. Jego to nie podnieciło. Zbyt zwierzęcy to był seks, szybki i niekontrolowany. Blond dziewczyna była zszokowana, ale i podniecona. Może nie wtedy, teraz na pewno.
Poddał się, pozwolił sobie na chwile utraty kontroli. Pocałował ją delikatnie, ledwie dotykając wargami warg. Jak pieszczota motyla i wymiana oddechów. Zaskoczył go dźwięk, który wyrwał się z gardła Marleny. Pełen tęsknoty, głodu. W odpowiedzi wpił się w wargi, wdarł językiem. Dłońmi objął głowę, palce wplótł we włosy. Poruszyła się pod nim, czuł pod sobą twarde piersi, okryte cienkim kocem i materiałem koszuli nocnej. Twardniał, męskość zaczęła go uwierać w spodniach. Ocierał się o nią, dziewczyna nie oporowała. Uwolniła dłonie spod kołdry, przyciągnęła go do siebie.
Musiał natychmiast przestać, przerwać to. Krok tylko dzielił go od kroku dalej – za daleko.
Odsunął się, unosząc na ramionach. Dyszeli oboje, zszokowani reakcją ciał i umysłów.

– Będę czekał. – Zszedł z łóżka, poprawiając penisa  rozpychającego spodnie, kierując się ku drzwiom balkonu.

Uchylił je, przerzucił udo nad poręczą i ostrożnie spełzł po przylegającej do ściany pergoli.
Marlena nie ruszyła się nawet. Była zbytnio oszołomiona.

– Modlitwy się spełniają – szepnęła w ciemność.

Wiedziała, że nie uśnie już. Niecierpliwie wyczekiwała poranka. Pójdzie do lasu, do niego.
Zajrzy mu w oczy.

 

46
  • Jak wcześniej nie lubiłam historii rodzinnych tak teraz chce więcej i więcej!

  • Katarzyna Gonciarz

    Dawno tutaj nie zaglądałam.
    Wczoraj miałam chwilę czasu i postanowiłam odwiedzić twoją stronę na którą kiedyś codziennie wchodziłam . Teraz niestety nie mam czasu na tak częste zagladanie tutaj. Jednak bardzo się ucieszyłam, że Historie rodzinne są kontynuowane. Uwielbiam je 🙂
    Dziękuję Ci, że piszesz dla nas.
    Pozdrawiam Kasia

  • Tony F.P.

    I tak to niewinna, płocha Kasia znokautowała Wasyla – gwałciciela planującego morderstwo. Chyba jeszcze nigdy w życiu nic nie zaskoczyło go tak, jak reakcja dziewczyny, a i własne odczucia zrobiły mu niespodziankę. Ciekawa jestem, czy będzie jej szukał. Kasia, może i sztuki uwodzenia nie zna, ale już wie co lubi:)

    Proszę, jaki Stefan szarmancki i pełen niespodzianek – „panienko”, odprowadzić chce, a potem wkrada się do sypialni, no, no:) Paździórski – ciekawe nazwisko. Za plus poczytuję mu, że nie podniecała go scenka na polanie. Mam nadzieję, że za niedługo dowiemy się jakimże to osobnikiem okaże się nasz spadochroniarz i jakie wydarzenia uruchomi. Bo, że po coś z nieba spadł akurat w tej okolicy, to ja jestem pewna:) Ludmiła pilnowała, żeby dobrze wylądował:)