Historie rodzinne XXXV

mikakamaka 12/07/2017 17:12 4 Permalink 37

To, że lubię pisać, wiecie. Kocham ten stan 🙂
Robię coś, by móc pisać więcej, byście częściej mogli mieć z moim pisaniem do czynienia. To między innymi powód spadku ilości wpisów. To się zmieni, więc proszę o jeszcze chwilę cierpliwości 🙂

Nie usnęła już, nawet nie próbowała uspokoić rozszalałych myśli. Leżała w ciemności wpatrując się w sufit, czekając na świt. Wstała, jako pierwsza, cicho zeszła do kuchni. Spakowała koszyk podejrzewając, że nieznajomy może być głodny. Napaliła w piecu, zastawiła garnkami z wodą, tył żeliwnej płyty. Przy tylu mieszkańcach potrzeba było sporo wrzątku, wiedziała o tym. Planowanie sprzątania i zmywania zaczynało się o świcie i do jej obowiązków należało zagonienie Jacka Waligruchy, do noszenia pełnych wiader ze studni. Chciała się uporać ze wszystkim jak najszybciej. Gnało ją do lasu, do nieznajomego. W końcu, gdy ostatni z mieszkańców ziewając wszedł do kuchni, Marlena oddelegowała się, biorąc koszyk i przyoblekając twarz w pozorny spokój, wyszła tylnymi drzwiami na ganek. Zawsze mogła przecież nazbierać ziół. Nie planowała tego dzisiaj, lecz nie chciała wzbudzać podejrzeń. Nie wiedziała skąd bierze się ostrożność. Może przez sposób, w jaki człowiek zaprosił ją do lasu.

Owinięta chustą, lekkim krokiem opuściła posiadłość. Maszerowała raźnie, chłód poranka wywołał rumieńce na jej twarzy. Oddech unosił się obłoczkiem przed twarzą i widać było, że nadeszła jesień. W mieście nie odczuwała aż tak bardzo zmian pór roku. Nie zaznała ich z resztą zbyt wielu. W zakonie rytm życia był o wiele bardziej dopasowany do natury. Z zamyślenia wyrwała ją dłoń obejmująca w pasie i druga, zatykająca usta. Pisnęła i odruchowo wyrwała się.

– To ja. – Ciepły oddech połaskotał ucho. – Jest panienka sama?

Zamarła, wdychając zimne powietrze i zapach, który niosło ze sobą. Pokiwała lekko głową na tyle, na ile pozwoliło jej ograniczające swobodę ramię.
Stefan milczał, szukając pretekstu, by przytrzymać dziewczynę jeszcze przez chwilę. Była drobna, łatwo było mu ją unieruchomić. Zdjął palce z ust Marleny, nie puszczając jej tym bardziej, że wcale się nie wyrywała. Zsunął chustę z głowy, odsłaniając jasne włosy. Kosmyk wymknął się, opadając na czoło Marleny. Sięgnął, odgarniając je do tyłu, zakładając za ucho. Zadrżała, wciągnęła szybciej oddech.

– Więc jest panienka sama – mruknął, czując ogarniające go podniecenie. –  Poczekamy chwilę. Może ktoś szedł za panienką.

Oboje wiedzieli, że szuka pretekstu, by nie puścić jej z ramion. Nie wiedzieli, jak się zachować, co mówić, jak odegnać wizję tego, czego świadkami byli dzień wcześniej. Nocne odwiedziny w sypialni też wpłynęły na nastrój, w którym utkwili w tym momencie. Nie umiał się powstrzymać, pochylił głowę, zaciągnął się zapachem skóry Marleny. Znów zadrżała, zacisnęła usta. Może fakt, że nie znała tego człowieka, tak na nią podziałał. Prawie fizyczny ból pozostał na skórze pod ubraniem w miejscu, w którym straciła kontakt z jego dłonią. Puścił ją, odsunął się. Nie podobało mu się uczucie głodu i nagła tęsknota, bo nie potrafił nad tym zapanować. Nic, co wykraczało poza ramy kontroli, nie nadawało się do odczuwania przez Stefana. Od dawna żył według planu, toteż dziwne uczucie w żołądku, zdenerwowało go, zdominowało myśli.

– Jedzenie mam i picie. – Uniosła koszyk, obawiając się spojrzeć mu w oczy. – Proszę.

Chciała zapytać, po co ją tu ściągnął. Równocześnie obawiała się, że powód może jej się nie spodobać. Przyglądała się smukłym palcom, zaciskającym się na uchu koszyka, ale nie potrafiła rozprostować swoich. Nie powstrzymała też spojrzenia, które uniosło się na usta i na nich pozostało. Pełne, mocno wykrojone wargi, okolone kilkudniowym zarostem i unoszący jeden z kącików warg, uśmiech. Delikatny, jakby był tylko wrażeniem. Przełknęła ślinę szukając słów, którymi mogłaby przerwać milczenie. Powiedzieć coś, bo tak nienaturalnie się przy tym człowieku zachowywała. Nieśmiała, jak nie ona. Przecież pobrała tyle nauk i dowiedziała się, jakie zachowania i kiedy stosować, w zależności od sytuacji. Powinna wiedzieć, co teraz zrobić, a tymczasem milknie, niczym niewinna dzierlatka. Nie była przecież niewinna.
Przełknęła ślinę i z przywołując na twarz uśmiech, wyprostowała się, cofając dłonie do tyłu.

– Czego pan ode mnie oczekuje? – Wciąż unikała patrzenia mu w oczy. – Bo po coś mnie pan tutaj ściągnąłeś.

Nie odpowiedział od razu, analizując reakcje Marleny. Uroda oszałamiała i chciało się patrzeć na nią bez przerwy.

– Dziękuję za prowiant. – Uniósł koszyk, unikając odpowiedzi. – Pozwoli panienka, że coś zjem.

Był głodny, bo poza kawałkiem gorzkiej czekolady, nie jadł nic od czasu zrzutu z samolotu. Nie było to dla niego niczym nadzwyczajnym. Bywało, że obywał się bez żywności i tydzień, czasami dziesięć dni. Szkolono go do tego, by takie niewygody jak głód, nie przeszkadzały mu w wypełnieniu zadania.
Usiadł na powalonym pniu, odkrył zawartość ukrytą w wiklinie i aż jęknął z zachwytu. Zapach chleba, kiełbasy spowodowały napływ śliny do ust. Widok twarogu, zaowocował głośnym burczeniem w brzuchu.

Marlena przyglądała się nieznajomemu, nie chcąc przerywać posiłku. Widziała, że jest głodny. Mimo to nie połykał dużych kęsów, lecz jadł żując dokładnie. Nie był łapczywy, przez co odruchowo porównała go z Ignacym. Tamten nie zatrzymałby się na niczym, by delektować się smakiem. Brał, czego pragnął, szybko zaspokajając łaknienie i szedł dalej. Stefan, bo tak jej się przedstawił, skupił się na prostej czynności, co skierowało jej myśli na poprzedni tor. Zastanawiała się, czy i podczas zmagań łóżkowych, byłby tak skupiony. Na niej oczywiście i tym, co robi z jej wrażliwym ciałem.
Jak gdyby czytając w jej myślach przerwał posiłek i spojrzał jej wprost w oczy. Marlena oblała się rumieńcem, jakby przyłapał ją na czymś zakazanym. Opuściła wzrok, nie potrafiwszy wytrzymać jego przenikliwego spojrzenia.

– Jest tam też coś do picia. – Głos jej zachrypł, musiała odchrząknąć. – Zwykły kompot, ale gasi pragnienie.

Mówiła więcej, niż chciała wiedząc, że to nerwowy odruch. Stefan odetkał butelkę i nie spuszczając wzroku z zarumienionych policzków Marleny, pił powoli.

– Pytała mnie panienka, czego od niej oczekuję. – Odłożył koszyk, odstawił częściowo tylko opróżnioną butelkę. – Jest wojna i to wymusza na nas specjalne zachowanie. – Powoli zmierzał do sedna czekając, by wreszcie nawiązała z nim kontakt wzrokowy. – Od panienki potrzebuję schronienia. – Wreszcie się odważyła. Ich błękitne spojrzenia splotły się. – Muszę się ukryć gdzieś, gdzie nikomu nie będę się rzucał w oczy. Może być stodoła, ziemianka, cokolwiek. Byle było sucho, w miarę ciepło i bym mógł się wymknąć niezauważony, do lasu.

Marlena kiwała głową ze zrozumieniem, ale nie rejestrowała słów. Tak mocno skupiła się na samym tembrze głosu i ułożeniu warg, że jedynym co zarejestrowała, była prośba o schronienie.

– Dobrze, pomogę. – Kiwała głową, zmuszając się do przerwania kontaktu wzrokowego. Nie rozumiała, dlaczego czuje się przy tym człowieku, jak mysz w więzieniu hipnotyzującego wzroku węża. Po raz kolejny przenikliwość z jaką na nią patrzył onieśmieliła ją i zawstydziła. – Kiedy?
– Od zaraz.

Zaskoczył ją, a przecież powinna się tego spodziewać. Wczoraj spotkała go w lesie, w nocy odwiedził ją potajemnie w pokoju. Gdyby miał kryjówkę, nie przychodziłby do niej w taki sposób.

– Chodźmy więc. – Uniosła brodę, chcąc sobie dodać odwagi. Czuła bowiem, że robi coś szalonego, ale nawet przez myśl jej nie przemknęło, by odmówić pomocy i się wycofać. – Najdalej od domostwa oddalona stodoła powinna być dobrym schronieniem. Jedzenie przyniosę i koce. Noce są zimne, więc i dogrzać się trzeba.

Uśmiechnęła się, lecz uśmiech zastygł jej na twarzy, gdy zobaczyła odruch ciała, rozszerzający źrenice mężczyzny. Oczy pociemniały, zmieniając barwę z błękitu w granat. Szczęka zadrgała nerwowo i Marlena była pewna, że pomyślał o innym, niż ogień, ogrzaniu ciała. Schyliła się po koszyk i odwracając, by choć odrobinę ochłonąć, ruszyła w kierunku domostwa.

Poznała wszystkie zabudowania i teren wokół ogrodzenia, więc bez trudu poprowadziła Stefana od tyłu posiadłości. Przecisnęli się przez niewielką wyrwę w murze, osłoniętą jedynie gałęziami drzew, które sprytnie maskowały wejście.

– Tędy. – Pochyliła się, odsuwając deskę, która ze skrzypnięciem ustąpiła, wpuszczając ich do środka. – Nikt się tu nie zapuszcza. Nie mamy tyle zwierząt, ani potrzeb, by je hodować. – Znów nerwową paplaniną zagłuszała ciszę. – Stanęli pośrodku wysokiego, przestronnego pomieszczenia, w większości założonego sianem. – Tam na górze powinno być najbezpieczniej. – Wskazała drabinę, prowadzącą na zacieniony podest. – Z resztą – odwróciła się ku niemu z uśmiechem – pan sam wie, gdzie jest bezpiecznie.

Kurz, który wzbili w powietrze, fruwał między nimi, jaśniejszymi punkcikami wirując w słonecznej smudze, przebijającej przez szczelinę w ścianie. Znów poczuła się bezwolna i zaczarowana żarem, który dojrzała w jego spojrzeniu. Bezwiednie oblizała usta, podejmując decyzję. Pragnęła tego człowieka i wiedziała, że nie ma na co czekać. Po raz pierwszy mogła zrobić coś, czego pragnie, dać się ponieść, utonąć w zmysłach. Te same myśli bombardowały mózg Stefana. Nie dla tej kobiety się tutaj znalazł, lecz dla zadania, które mu powierzono. Stało się to w tym momencie tak nieważne, nieistotne i błahe, że nawet nie próbował nad tym zapanować. Podniecenie ogarniało go mimo, że nie dotknął dziewczyny od momentu spotkania w lesie. Wyraźnie widział, że i ona czuje się podobnie. Było tak, jakby przeglądał się w lustrze własnych pragnień. Postąpił o krok, by zmniejszyć dzielący ich dystans. Chciał posmakować jej ust i widział, że oblizała wargi, myśląc o tym samym. Wyciągnął po nią dłoń i wtedy nieznany dźwięk oprzytomnił go, włączając wyuczone odruchy. Ktoś siłował się z ryglem stodoły, szarpiąc drewno, którego od dawna nikt nie dotykał. Drewniany skobel musiał spuchnąć od wody, a w efekcie oporować. Tylko dzięki temu mieli szansę, by się ukryć.

– Na górę. – Pociągnął ją w kierunku drabiny, wydając polecenie szeptem. – Rychło!

Marlena nie dała się prosić. Wystraszyła się, że ktoś przyłapie ją ze Stefanem i będzie się musiała tłumaczyć. Obawiała się, że w obecnym stanie może być niewiarygodna. Obróciła się więc na pięcie i przerzucając poły spódnicy przez przedramię, wdrapywała się po dwa stopnie na raz. Koszyk przewiesiła na wysokości łokcia i nim Stefan ocknął się z osłupienia szybkością jej reakcji, ta była już w połowie drogi na górę. Potrząsnął z niedowierzaniem głową, po czym zadzierając brodę w górę, by mieć lepszy widok na jej kształtne łydki, poszedł w ślady dziewczyny. Nim intruzom przed drzwiami udało się uporać ze skoblem, Marlena i Stefan byli już na górze. Gdy skrzydło wrót ustępowało powoli, wpuszczając światło przez coraz większą szczelinę, oboje układali się na brzuchach, spoglądając w dół na intruza. Drabinę wciągnęli, więc nie musieli się obawiać, że ich obecność zostanie odkryta.

Do stodoły weszła drobna postać, a chwilę potem większa, przysłaniając promienie słoneczne.

– Kaśka – szepnęła osłupiała Marlena, patrząc z góry na dziewczynę. – I on…

 

37
  • Tony F.P.

    Ha! Już znam odpowiedź na swoje pytanie – Wasylowi było zdecydowanie za mało i miał ochotę na powtórkę z rozrywki. I tak się zastanawiam, czy spotkanie będzie równie intensywne i szybkie jak „zapoznanie się”, czy też nieco ubogacą pożycie:) Jeśli Wasyl wykaże się odrobiną finezji i pokaże Kasi, że może być jeszcze lepiej, to parka ukrywająca się na górze dojdzie od samego patrzenia:) A może nie tyle patrzenia, co słuchania i pożerania siebie nawzajem wzrokiem. Albo i nie, i akcja będzie się rozgrywać na dwóch poziomach: na parterze głośno, a na pięterku cichutko, ale nie mniej intensywnie. A może nawet i bardziej. Różne scenki mi się przed oczyma pojawiają i sama nie wiem, która opcja jest najlepsza. Dobrze, że nie ja to piszę, bo za Chiny nie mogłabym się zdecydować:) Chociaż nie, bo jak się pisze, to z głowy spływa jedna – jedyna słuszna – wersja:)

    Nie ilość się liczy, tylko jakość, więc się Miko nie stresuj i pisz w swoim tempie. Bardzo ciekawie się akcja rozwija. Czy w opowieści pojawi się jeszcze Tomasz i Natasza, czy to już zamknięta historia?

    • Megami

      Próbowałam napisać jakiś komentarz, ale po co, skoro w tym jednym zawarte są również i moje myśli 😀 Dodam tylko, że uwielbiam to opowiadanie i niesamowicie się cieszę, że w końcu mogę przeczytać ciąg dalszy…

      • Dziękuję 🙂

      • Tony F.P.

        A to cieszę się, że się przydałam:) Podzielam Twoje cieszenie się, bo obawiałam, że moja ulubiona historia wylądowała w dziale spraw niewyjaśnionych, a tu taka miła niespodzianka – Mika jest lepsza niż Złota Rybka:)